United States of Love

October 19, 2013

United States of Love

Swój album ze zdjęciami na facebooku również zatytuowałam „United States of Love” i właściwie tylko to przychodzi mi do głowy siadając do pisania tego tekstu, bo pierwsze skojarzenie związane ze Stanami to właśnie miłość. Może nie taka do końca romantyczna, od pierwszego wejrzenia, ale szczera i prawdziwa – szczególnie jeżeli jej miarą jest ogrom tęsknoty, bo tęsknię niezmiernie. Mam też wrażenie i wnioskuję z obserwacji, że 75% ludzi, którzy odwiedzili ten kraj (przede wszystkim uczestnicy programów Work&Travel) podziela tę fascynację aka wariację na temat USA. Z czego wynika? Spróbuję przekazać Wam chociaż próbkę swoich doświadczeń zmieszaną z różnorodnymi radami, które będą służyć podczas Waszej organizacji wyjazdu czy też samego pobytu. Nie będzie to zadaniem prostym, bo niełatwo jest oddać coś, co tak bardzo ekscytuje i wywołuje sporo silnych emocji, szczególnie, że zazwyczaj najbardziej chce się pisać w momencie, kiedy coś się dzieje, a gdy zakończy, z biegiem czasu strach, że się to „zepsuje”. W każdym razie przedstawię Stany, przede wszystkim jednak program Work&Travel w formie alfabetu, który można traktować jak przewodnik, oszczędzając tym samym Ani i Bartkowi (organizatorzy w biurze IECenter) czasu na odpowiedzi :)

 

A jak american dream

Oczywiście dosłownie oznacza amerykańskie marzenie/sen i jest on bazą, na której budowano USA – wszyscy ludzie są równi i mają prawo do życia, wolności i dążenia do szczęścia. Szczególnie ważny okazał się ten ostatni składnik, gdyż powszechnie znane pojęcie american dream nie oznacza nic innego, jak po prostu dobrobyt, posiadania wspaniałego domu, rodziny jak z obrazka itd. Większości ludziom na myśl o Stanach Zjednoczonych przychodzą do głowy sceny rodem z filmu – jazda Cadillaciem czy Mustangiem po Road 66 w kowbojskim kapeluszu o zachodzie słońca, spacer po Central Parku z ukochanym podczas pełni księżyca czy też impreza w basenie na dachu jednego z wielu drapaczy chmur. Takich wizji jest mnóstwo, jednak najlepsze w tym wszystkim jest to, że można je urzeczywistnić! Jadąc do Ameryki nie kierowałam się tym snem, a chęcią sprawdzenia samej siebie w innych warunkach, daleko od domu, wśród ludzi przeróżnej narodowości, sen przyszedł sam. Dlatego nawet dla ludzi, którzy nie są amerykanofilami, wyjazd ten z pewnością przyniesie wiele pozytywnych, wartościowych wrażeń. Tych natomiast, którzy od dawna pragną zobaczyć Nowy Jork, Miami, być na domówce z której wszyscy piliby z plastikowych czerwonych kubków, czy chociażby dla żartów podnieść sąsiadom chorągiewkę w skrzynce pocztowej, podróż w żadnym wypadku nie zawiedzie, co więcej będzie pewnie najwspanialszą przygodą życia. Bo co jak co, ale możliwości w tym kraju jest rzeczywiście baaardzo dużo, także każdy coś dla siebie znajdzie.

 

 

B jak boeing

Jako że Polska oddalona jest od Stanów Zjednoczonych (liczę od Szczecina do Nowego Jorku) o sporo ponad 6 tysięcy kilometrów najlepszą formą transportu będzie zdecydowanie przelot samolotem. Sam lot trwa ok. 9 godzin i wbrew pozorom nie jest aż tak męczący jak może się to wydawać. Dużą rolę odgrywa tu jednak wybór lotu bez przesiadek, bo to prawdopodobnie trochę bardziej męczy, a także trwa dłużej. Poza tym bagaże najczęściej właśnie giną przy takich przesiadkach, co niby nie zdarza się bardzo często, nie jest w każdym razie przyjemnym znaleźć się w Ameryce na 3 czy 4 miesiące bez tego swojego pakunku z ziemi polskiej. Dlatego jeżeli macie możliwość to polecam opcję lotu bezpośredniego. Jeżeli chodzi o wybór najtańszego to trzeba przyznać, ale trzeba trochę poszperać, posprawdzać, ale strona www.momondo.com jest bardzo rozsądną przeglądarką ofert – w zeszłym roku właśnie tam znaleźliśmy najkorzystniejszą i z niej też skorzystaliśmy. Przede wszystkim trzeba wybrać miejscowość, z której chcemy odlatywać – i tutaj są trzy opcje: Berlin (szczególnie blisko ze Szczecina), Warszawa oraz Praga (na którą my się zdecydowaliśmy ze względu na niskie koszta). Wiele ludzi dziwiło się co do Pragi, jednak jadąc przez Niemcy są to 4-5 jazdy, czyli mniej niż do Warszawy, a cena była naprawdę korzystna. Jeżeli chodzi o to, kiedy kupować bilet, to zdecydowanie po tym, jak pojedziemy do ambasady i będziemy mieć pewność co do tego, że otrzymaliśmy wizę. Nie ma też zbyt dużego znaczenia to, czy kupujemy bilet 2 miesiące wcześniej czy tydzień. Strona momondo oferuje nam podgląd w postaci wykresu, który sugeruje poprzez słupki, w jaki dzień bilety są najtańsze, a w jaki najdroższe. Jadąc prawdopodobnie nie mamy zbyt dużego wyboru, gdyż pracodawca określa nam datę rozpoczęcia kontraktu, jednak wracając można sobie tę cenę odpowiednio uformować, gdyż prawdopodobnie nie ma sztywnych ram co do powrotu (oczywiście oprócz daty wygaśnięcia wizy). Czasami jeden dzień w jedną lub w drugą stronę to aż 600 złotych różnicy, więc warto sprawdzić. Częstym problemem jest właśnie decyzja co do terminu powrotu i dużo ludzi zmienia później tę datę, co oczywiście kosztuje i to czasami nie mało. Dlatego warto usiąść i chociaż mniej więcej sobie pomyśleć ile co zajmie albo chociaż co chcemy zobaczyć na pewno. Jeżeli jesteśmy nastawieni na zwiedzanie w grupach trzeba przedyskutować to wspólnie przed kupnem, tak, żeby każdy miał taki sam albo chociaż podobny termin powrotu. Najbardziej sensownym rozwiązaniem jest wybór terminu powrotu miesiąc po zakończeniu kontraktu w pracy.

 

 

C jak cruise

 Rejs to najwspanialsza forma wypoczynku, jakiej kiedykolwiek doświadczyłam. Serio! Wydawało by się, że co można robić na statku, prawda? Ano właśnie wszystko :) Od typowego dla niektórych relaxowania na leżakach, leżenia w jacuzzi i opalania, poprzez zjeżdżanie na ślizgawkach, granie w koszykówkę aż po wizytę w saunie lub na siłowni, których przeszklenie pozwala na rozkoszowanie się widokiem oceanów. To i tak nie wszystko, co znajduje się na statkach. Na początku byliśmy trochę przerażeni tym, że w programie mamy dwa pełne dni na wodzie, jednak bardzo szybko okazało się, że najchętniej nie schodzilibyśmy z pokładu już wcale. Samo kasyno, ogromne i pięknie zrobione wciągało klimatem, kilka pubów urządzonych tematycznie, dyskoteki, kawiarnie, a nawet teatr! Rozkład dnia przygotowany dla turystów tak, żeby dobrze się bawili, codzienne wieczory z komikami, gry z nagrodami czy chociażby wieczorne seanse filmowe pod gołym niebem na leżakach to coś, czego zupełnie się nie spodziewaliśmy, a zachwyciło tak, że na wspomnienie chce się tam znaleźć. No i jedzenie! W cenę rejsu wliczone jest większość rzeczy, jedynie za alkohol i zabiegi spa płaci się dodatkowo. Jeść można właściwie o każdej porze dnia i nocy, natomiast takie typowe posiłki są trzy: śniadanie, lunch i kolacja, przy czym ta ostatnia odbywa się codziennie w przepięknych salach, wybierana przez gości z wykwintnego menu (kraby, żaby, mięso rekina itd.) i serwowana jest przez kelnerów. Niebo w gębie, palce lizać i niekoniecznie pękać w szwach, bo wachlarz posiłków niskokalorycznych jest bardzo szeroki. Przechodząc do kwestii bardziej organizacyjnych, to pierwsze, o czym należy wspomnieć to, że w Stanach cruisy należą do popularnej formy urlopowej, dlatego też do wyboru jest kilku przewoźników z różnych portów. My zdecydowaliśmy się na tygodniowy rejs z Carnivalem, którego ofertę można znaleźć na stronie www.carnival.com. Zdecydowanym plusem takiej podróży jest niska cena – w momencie, kiedy wybieramy najtańszą opcję zakwaterowania (czteroosobową w kajucie bez okien) płacimy mniej więcej 400 dolarów za osobę. Istnieje wiele opcji: rejsy 3,4,5- dniowe, z różnymi portami do zwiedzania i różnymi cenami. My wybraliśmy Meksyk (cały dzień na wyspie Cozumel), Jamaikę i Kajmany, a strzał okazał się być w 10! Wybierając „ports of call” trzeba patrzeć, na jak długo statek wpływa do portu, ponieważ zdarza się, że są to tylko 4 godziny, co zdecydowanie nie pozwoli nam zapoznać się z miasteczkiem. Jeżeli mamy cały dzień wolny w mieście/na wyspie warto wypożyczyć samochód czy skuter i pojeździć w różne zakamarki, natomiast wspomniane wcześniej kilka godzin (szczególnie na Kajmanach) dobrze jest przeznaczyć na plażowanie i nurkowanie w przecudnych, ciepłych morzach lub ewentualnie umówić się z taksówkarzem aby obwiózł po miejscach, które warto zobaczyć, jednak widok płaszczki płynącej tuż koło nogi jest doświadczeniem bezcennym.

 

 

 

D jak dolary

Jak wiadomo każdemu, w Stanach obowiązującą walutą jest dolar - takie też banknoty trzeba zabrać ze sobą na wyjazd, aby przetrwać do pierwszej wypłaty. Polecaną przez organizatorów kwotą jest 800 dolarów, jednak informują, że 1000 USD będzie najlepszym zapleczem w razie jakichkolwiek niedogodności. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że 800 dolarów zdecydowanie wystarczyło do pierwszej pensji, a nawet zostało ;) Wiadomo, że im więcej tym lepiej, bo można sobie po prostu odłożyć „na później”, czyli np. na zwiedzanie, bądź zakupy – w każdym razie nadwyżka na pewno się nie zmarnuje. Jako że takich pieniędzy nie trzyma się w skarpetce, dobrze jest założyć sobie konto walutowe jeszcze w Polsce. Część pieniędzy rzeczywiście trzeba mieć „w kieszeni”, a resztę ulokować na koncie w wybranym banku – obecnie większość z nich ma opcję konta walutowego, warto jednak spojrzeć na warunki, jakie oferują, żeby nie płacić dodatkowo za kartę i inne usługi. Ważną rzeczą jest również możliwość obsługiwania konta przez Internet i zapisanie sobie wszystkich haseł w bezpiecznym miejscu, a nawet upoważnienie do obsługi konta zaufanej osoby, która zostaje w Polsce. Wypłaty w pracy dostaje się co dwa tygodnie w formie czeku, który można zrealizować chociażby w Food Lionie lub wpłacić na konto założone już w Stanach, co jak się okazało jest bardzo wygodną formą. Należy zorientować się, jakie warunki proponują dane banki w Stanach. Osobiście polecam Bank of America, z którym nie mieliśmy żadnych problemów, a konto w nim można założyć bardzo szybko i prosto. Wiem też, że niektórzy otwierali konta w Wachovii, z której również byli zadowoleni. W Stanach istnieje rozwinięty system wpłatomatów i bankomatów, więc nie powinno być żadnych problemów z ich odnalezieniem w razie potrzeby.

 

E jak Europejczycy

Dla większości Europejczyków Ameryka jest innym światem, który zazwyczaj zresztą uważają za lepszy od tego, w którym sami się znajdują. W takim przeświadczeniu żyją szczególnie obywatele państw Europy Wschodniej i Środkowo – Wschodniej, dlatego to właśnie oni najczęściej decydują się na uczestnictwo w programach Work & Travel. W niektórych miejscach w Stanach mamy częściej do czynienia z Ukraińcami, Rosjanami czy np. Czechami niż samymi Amerykanami i nie ma się co dziwić, bo nie dość, że masowo uczestniczą w wymianach studenckich to wielu z nich decyduje się na to, aby zostać i ułożyć sobie życie za oceanem. Mimo pewnego szoku kulturowego, ich fascynacja krajem i możliwościami, jakie ze sobą niesie, jest tak olbrzymia, że nie wyobrażają sobie wrócić do „szarej rzeczywistości” w rodzimym kraju, dlatego też robią wszystko by zostać w USA. Mimo że jesteśmy uznawani za bardzo podobnych do tych narodowości i rozumiemy się wzajemnie dosyć dobrze, musimy pamiętać, że u nich (szczególnie mam tu na myśli Ukraińców) sytuacja w kraju wygląda nieco inaczej i zdarza się, że kierują nimi nieco inne pobudki niż nami – innymi słowy po prostu trzeba mieć otwartą głowę, nie ufać od razu i nie wpakować się w żadne problemy.  Nie miałam zamiaru nikogo urazić, szczególnie, że z kilkoma z Ukraińców wciąż utrzymuję kontakt, uczę się ich języka, stamtąd też pochodzi pewna część mojej rodziny, jednak jak to się mówi „przezorny zawsze ubezpieczony”. 

 

 

F jak Food Lion

Jest to jedna z oferowanych przez biuro iecenter.pl opcji zatrudnienia. Jak można się domyślić Food Lion to pewnego rodzaju sklep, można powiedzieć dyskont, który można porównać do znanego u nas Lidla lub po prostu mniejszego supermarketu. Jeżeli chodzi o stanowiska, jakie można zająć w markecie to jest ich mniej więcej siedem. Pierwszego dnia pracy przychodzimy właściwie tylko po to, żeby zapoznać się z panującym systemem, dostać grafik na cały przyszły tydzień oraz plakietkę z imieniem. Wtedy też decydujemy się, co chcemy robić przez kolejne 2,5 miesiąca. Do wyboru jest: kasjer, bagger, stocker, pracownik Deli oraz stoiska mięsnego, z owocami morza oraz warzywno – owocowego. Należy wspomnieć, że każde z tych stanowisk, mimo że u nas istnieją takie same, opiera się na nieco innych zasadach niż w polskich sklepach. Pierwszą dosyć istotną różnicą (szczególnie po kilku godzinach pracy!) jest fakt, że nawet pracując za kasą nie można siedzieć. W momencie kiedy nie ma klientów musimy sprzątać swoje stanowisko pracy (nawet jeżeli jest już czyste), często robi się coś, co jest już zrobione, należy wyprzedzać polecenia swoich menadżerów, a wręcz nie pozwolić na to, żeby je mieli. Bardzo ważne są dwa pierwsze tygodnie pracy, kiedy kierownictwo nas poznaje, ponieważ wtedy formuje sobie o nas zdanie i prawdopodobnie cokolwiek by się po tym czasie nie działo ich opinia pozostanie niezmienna. Dlatego też warto popracować przez ten czas najlepiej jak się da, a później nie będzie żadnych problematycznych sytuacji. Będąc kasjerem często należy pomagać klientom zapakować ich zakupy o ile nie ma przydzielonego dla nas baggera, czyli osoby do której to należy. Bycie miłym, uprzejma rozmowa czy też samo pytanie o samopoczucie klientów to zadania dla każdego z pracowników, którzy razem z powitaniem często używają zwrotu „How are you?”, a na pożegnanie życzą „lovely day”. Stockerzy to osoby, które układają towar na sklepowych półkach i zazwyczaj jednak zadanie to należy do mężczyzn, gdyż: 1. jest dużo palet z ciężkimi rzeczami, 2. często półki są bardzo wysoko. Jeżeli chodzi o stanowisko na Deli (które zresztą ja obejmowałam) jest to miejsce, które pozostaje nieco na uboczu sklepu i rządzi się swoimi prawami (tak samo jak dział mięsny i z owocami morza). Deli to dział, w którym większą część czasu poświęca się krojeniu wędlin i serów, ale dla osób, które lubią urozmaicenie znajdą się także inne zadanie – pieczenie, pakowanie i metkowanie pieczywa, robienie sałatek oraz (moje ulubione!) dekorowanie tortów i pisanie na nich dedykacji. Na „sea foodzie” są natomiast osoby, które przygotowują świeże potrawy z krewetek i innych morskich smakołyków, a osoba zajmująca się owocami i warzywami jest odpowiedzialna za to, żeby zawsze były pełne półki / kosze, a same produkty błyszczały i „uśmiechały się” do klientów. Jeżeli chodzi o kwestie organizacyjne to grafik ustalany jest na tydzień i tak jak kasjerzy i stockerzy zazwyczaj całe wakacje mają tę samą zmianę, tak pozostali mogą umówić się ze swoim przełożonym co do godzin i dni, w jakich będą pracować. Teoretycznie pracuje się 5 dni w tygodniu po 8 godzin, jednak wszystko zależy od tego, ilu w miejscowości jest turystów – kiedy sezon jest wysoki, mamy okazję żeby zrobić tych godzin nieco więcej (nadgodziny są płatne o kilkadziesiąt procent więcej od podstawowej stawki godzinowej – 9,25$ / h), natomiast jak nie ma turystów to zdarza się, że kierownictwo tnie wydatki i zmniejsza ilość dni i godzin pracy.

 

G jak Gringo

Są miejsca w Stanach, gdzie ilość Latynosów jest zdecydowanie wyższa niż chociażby przy hotelu w meksykańskim kurorcie Cancun. Wtedy my – biali, którzy nasłuchaliśmy się od życzliwych ludzi albo widzieliśmy kilka filmów o latynoskich gangach, czujemy często zagrożenie. Od siebie powiem, że ludzi pochodzących z Ameryki Południowej, których miałam okazję poznać, zapamiętam najprawdopodobniej do końca życia. Tych młodych, którzy od samego naszego przyjazdu do Outer Banks pomogli się zaaklimatyzować, znaleźć mieszkanie, co więcej nawet przenocowali wtedy, kiedy nie mieliśmy się gdzie podziać. Ale także tych starszych z pracy, z którymi mogłam sobie pośpiewać piosenki ukochanej od dzieciństwa Seleny Quintanilli Perez, którą Latynosi uwielbiają i czczą do teraz, czy też porozmawiać po hiszpańsku, używając zwrotów rodem z telenowel :) Dobrze też wspominam moment, kiedy siedzieliśmy z większą grupą Meksykańczyków, sączyliśmy jedno z lepszych ichnich piw „Modelo” i w pewnym momencie Orlando przejął komputer, wpisał coś w wyszukiwarkę youtube`a i po chwili już wszyscy znajdujący się tam faceci śpiewali balladę o ukochanej, a później do rana wspominali swoje śpiewanie serenad pod balkonami narzeczonych. Warto dodać, że widząc ich na ulicy, na myśl przychodzą właśnie takie myśli, o których wspominałam na początku. Takich sytuacji było więcej, także jak sami widzicie nie zawsze trzeba być gringo pośród Latynosów, bo to jedni z najbardziej otwartych i życzliwych ludzi, jakich można poznać. Dodam jeszcze tylko, że pisząc ten fragment, z głośników sączy się pozytywny kawałek Manu Chao – Mr. Bobby.

 

H jak huragan

„Did you feel it!?” - wszystko zaczęło się od SMSa o takiej właśnie treści, którego współlokator dostał od swojej dziewczyny. I rzeczywiście czuliśmy, tyle że myśleliśmy, że to za sprawą pralki, która była włączona, a przez którą dom czasami wpadał w rezonans podobny w odczuciu do trzęsienia ziemi. W naszym regionie nie było takie silne, bo wynosiło 6,0 w skali Richtera, jednak wywołało sporo zainteresowania i było początkiem większej przygody z siłami natury. Kilka godzin później w pracy i na ulicach już wszyscy chcieli znać odpowiedź na to pytanie – klienci, pracownicy sklepu, rodzina i znajomi z Polski, do których informacje doszły praktycznie tak szybko jak do nas, a nawet przechodnie, których mijałam na ulicy. Następnie przyszedł news o huraganie, który zbliżał się do Północnej Karoliny z południa i miał dotrzeć za 2 dni w pełni swoich sił. Władze Food Liona postanowiły, że niezbędna w tym wypadku jest obowiązkowa ewakuacja wszystkich studentów wymiany, dlatego mieliśmy raptem kilka godzin, żeby wrócić do domu i spakować swoje rzeczy – my wzięliśmy najpotrzebniejsze z nadzieją, że będzie dokąd wracać, jednak większość z ewakuowanych wzięła wszystko, co ze sobą mieli, co dla niektórych okazało się mądrą decyzją. W telewizji, radiu, w pracy, po prostu wszędzie nie mówiło się o niczym innym. Miejscowi pokazywali zdjęcia i opowiadali o poprzednim huraganie, który bardzo mocno spustoszył Outer Banks, a na ulicach jak grzyby po deszczu rosły okna obite drewnianymi płytami, które miały ochronić przed ich wybiciem. W końcu pojawiła się informacja, że nie tylko turyści mają obowiązek opuszczenia miejscowości, ale także mieszkańcy – zaczęło robić się nerwowo. Szczególnym problemem było dla mnie pozostawienie kota samego w domu, na którego obecność nie zgodzili się w hotelu, do którego nas przewożono. Na szczęście jednak wszystko skończyło się dla nas bez komplikacji, Mućka zadowolona przywitała nas od razu po powrocie, mieszkanie stało na miejscu, jedynie na ulicach pełno było połamanych drzew i śmieci. Food Lion w tym wypadku spisał się na medal, gdyż zapewnił nam bardzo dobrej klasy hotele (Hilton i tego samego standardu dwa inne), wyżywienie, transport oraz dzień pracy w Greenville, gdzie pomagaliśmy miejscowym dojść do ładu po tym tropikalnym cyklonie. Bo co ważne, do miejscowości, w której byliśmy, również dotarła Irene, jednak jak stwierdzili nasi menadżerowie byliśmy tam bardziej bezpieczni i wszyscy razem mogliśmy przeżyć to niecodzienne zjawisko. Było to doświadczenie, którego nikt nam nie zabierze – mieszanka niepokoju, ekscytacji, ciekawości, a zarazem zadowolenie z dodatkowych dni wolnych od pracy i możliwości zobaczenia innego miasta. Warto jednak pamiętać, że dla niektórych ludzi huragany i to, czego baliśmy się najbardziej, czyli tornada, kończą się wielką tragedią, dlatego trzeba pozostać pokornym w stosunku do natury i mieć do niej duży respekt, ponieważ nigdy do końca nie możemy przewidzieć rezultatu takiego zjawiska. 

 

I jak IECenter

W jego skład wchodzi Ania i Bartek – dwoje młodych, pomocnych i zawsze uśmiechniętych ludzi, którzy służą radą, mają ciekawe oferty i pomysły do realizacji. Siedziba mieści się w Szczecinie na ulicy Sikorskiego 31, zaraz obok Pionokia. Oprócz wspomnianej przeze mnie pracy w Food Lionie istnieje także możliwość zarobku w Moneysworth`cie (wypożyczalnia sprzętu plażowo – sportowego), a także w korporacji Pepsi jako merchandiser. Wszystkie stanowiska pracy oraz obowiązki są szczegółowo opisane przez organizatorów, którzy od wielu lat zajmują się wyjazdami Work & Travel, a co więcej sami w nich uczestniczą i zawsze są na miejscu, i w razie jakichkolwiek niedogodności służą pomocą i dobrą radą. Wszelkie koszta związane z wyjazdem opisane są na stronie www.iecenter.pl. Mogę jeszcze dodać, że przed decyzją co do wyjazdu zapoznaliśmy się z ofertami różnych biur organizującymi wyjazdy Work & Travel z całej Polski, a także spędziliśmy wiele czasu na forach i wywiadach z ludźmi, którzy je odbyli i co do jednego byliśmy zgodni – iecenter jako jedyne nie miało żadnych negatywnych opinii, wydawało się bardzo rzetelne (i takie też się okazało), a koszta sensowne i właściwie takie same jak nie niższe w stosunku do pozostałych. Wniosek jest jeden – z czystym sumieniem polecam wyjazd z biurem iecenter! :)

 

J jak junk food

Pisałam już, że Stany Zjednoczone kojarzą się z popularnymi miejscami znanymi z filmów, Road 66, westernem i innymi obrazkami. Jednak każdy z nas tak naprawdę w pięciu pierwszych skojarzeniach dotyczących USA na 90% wymieni fast foody i superotyłych ludzi. Nic dziwnego zresztą, bo rzeczywiście jest to kraj, gdzie odsetek „wielkich” ludzi jest największy na świecie, a liczba restauracji szybkiej obsługi także z pewnością plasuje się na pierwszym miejscu spośród wszystkich krajów. Niestety jestem osobą dosyć niekompetentną, żeby wypowiadać się o Mc Donald`sie czy KFC, ponieważ rzadko kiedy korzystam z ich usług, jednak nawet jako taki laik mogę powiedzieć, że ich wachlarz jest naprawdę szeroki. Są te same restauracje co u nas, czyli Burger King, KFC, Mc Donald`s, jednak nawet w nich menu dosyć mocno różni się od naszego – porcje są zazwyczaj solidniejsze, wybór większy, a ceny stosunkowo niższe. Jeżeli chodzi natomiast o inne fast foody to wielbiciele mogliby się rozkosztować w tych serwujących a la meksykańskie jedzenie, czyli Taco Bell czy też Wendy`s, będące namiastką tradycyjnej kuchni amerykańskiej.

 

 

Please reload

Wyróżnione posty

Poznaj 7 powodów, dla których warto wyjechać do Azji na Work and Travel

February 20, 2020

1/10
Please reload

Ostatnie posty

January 31, 2020

Please reload

Archiwum