Nasz amerykański sen.

March 2, 2017

 

 

Przedstawiamy wam wpisy z bloga Wiktorii Dąbek, która była w 2015 roku w Outer Banks. Możecie przeczytać jej relacje z pracy, imprez i podróży. 

 

 

 

Zderzenie z nowym światem.

Pierwsze zdarzenie z nowojorską rzeczywistością okazało się niesamowitym doświadczeniem Już na samym początku, ledwo opuściliśmy wyjście lotniska, spotkaliśmy się wielką życzliwością ludzi. Od jednego nawet dostaliśmy kartę na metro w prezencie! ;) Ale znalazły się również rzeczy, które nas zaskoczyły,  np. nasze zielone światło tutaj jest białe. Pierwsza podróż metrem również kosztowała nas wiele wrażeń, kiedy okazało się, że jesteśmy jedynymi białymi ludźmi w metrze. Po przyjeździe do naszego pokoju przywitał nas Brian, który ofiarował nam koszyk słodyczy, zimne picie, mapę Nowego Yorku, okazał się bardzo pomocy w każdej sprawie.

 

Po chwili odpoczynku i szybkim prysznicu pojechaliśmy w samo centrum Wielkiego Jabłka - na Times Square. Wtedy dotarło do nas co tak naprawdę zrobiliśmy,  i że jesteśmy tysiące kilometrów od naszych bliskich, domu, przyjaciół i rozpoczynamy 4 miesiące spełniania marzeń. Tysiące kolorowych świateł zaświeciło nad naszymi głowami, a my nic innego nie potrafiliśmy powiedzieć oprócz ""wow". Po posmakowaniu kawałka wielkiej metropolii (i McDonalda;p) wróciliśmy do domu, aby odespać całą, długą podróż. Rano, wypoczęci i pełni energii wyruszyliśmy do sklepy po prawdziwe amerykańskie śniadanie. Po posiłku udaliśmy się na zwiedzanie. Pierwszą atrakcją na jaką się wybraliśmy było Empire State Building. Widok na Nowy York z 86 pietra był niesamowity. Nauczyliśmy się również, że nie warto słuchać osób, które chcą nam sprzedać bilety na wejście z pierwszeństwem, które tak naprawdę jest nie potrzebne, gdyż wcale godzinnej kolejki nie ma. ( dobra rada dla osób które wybierają się do NY). Następnie wyruszyliśmy w podróż do Central Parku gdzie wypożyczyliśmy rowery i spędziliśmy najlepsze 2h na nich. Podziwialiśmy widoki, mecze baseballu, biegających ludzi. Przez tą krótką chwile mogliśmy poczuć się jak rodowici nowojorczycy, odpoczywający aktywnie po ciężkim dniu pracy. Gdy wracaliśmy do wypożyczalni,jechaliśmy 8 aleją i musimy przyznać, że jazda obok żółtych taksówek z widokiem na drapacze chmur, robi wrażenie. Skosztowaliśmy również hot-doga z typowej ulicznej budki- trzeba przyznać ze był dobry. Na kolacji dostaliśmy krótką lekcje jedzenia hamburgerów i nagle życie stało się prostsze!

 

Podróż pełna przygód...

dotarliśmy do Norfolk, gdzie czekała na nas Ania, z którą udaliśmy się na upragniony obiad (był to nasz pierwszy posiłek tego dnia). Kiedy dotarła reszta ekipy, zapakowaliśmy się do naszego vana i udaliśmy się w podróż do miejsca docelowego - Outer Banks. Reszta drogi minęła nam bardzo szybko, pomimo panujących korków i złych warunków atmosferycznych. Wspominaliśmy nasz pobyt w Nowym Yorku i przygody, które spotkały nas podczas tej podróży.

 

 

Punktem kulminacyjnym wycieczki było przekroczenie granicy OBX, które okazało się być zupełnie innym światem. Poczuliśmy, że nasza przygoda tak naprawdę dopiero się zaczyna. Wraz z naszym wjazdem do tego rejonu, zmieniła się pogoda i na niebie zaświeciło słońce. Kiedy dojechaliśmy do naszego tymczasowego miejsca zamieszkania, przywitali nas Michał, Jarek i Miki, którzy wcześniej już czytali naszego bloga. Pomogli nam także zaaklimatyzować się w nowym miejscu. Pierwszą rzeczą, którą zrobiliśmy, po szybkim odświeżeniu się ( w końcu!), było udanie się nad ocean. Umówiliśmy się tam z Sarą i Darią, które także czytały naszego bloga i skontaktowały się z nami za pomocą facebooka. Cieszymy się, że mogliśmy dziś poznać tak wspaniałe osoby, dzięki którym pierwszy dzień w OBX będzie przywoływał same przyjemne wspomnienia, związane z pierwszym wieczorem nad oceanem. 

 

Pierwsze dni w pracy

Pozanliśmy szefa, współpracowników, firmę. Dopięliśmy już wszelkich formalnośći na ostatni guzik, tzn. zaaplikowaliśmy o Social Security Number, założyliśmy konta w banku, a także udaliśmy się na zakupy do Walmartu. Tam, każdy z nas dokonał zakupu roweru, aby móc poruszać się po całym OBX. Poniżej możecie zobaczyć jak duże zrobiliśmy zakupy ;) Dzień zakończyliśmy na plaży nad oceanem ze znajomymi. W czwartek mieliśmy już normalny dzień pracy.  Panuje tam świetna atmosfera, są fantastyczni ludzie.  Nasza praca wczorajszego dnia polegała na pakowaniu sprzętów do specjalnych boxów, które następnie będziemy dostarczać do klientów.  Pracowaliśmy przez 8 godzin, po czym nasi amerykańscy współpracownicy odwieźli nas do domu, gdyż rano znów strasznie lało i Ania zawiozła nas do pracy. Wieczorem, oczywiście po zjedzonym obiedzie, udaliśmy się znów nad ocean, aby się wykąpać i odpocząć. Temperatura wody była naparwdę bardzo ciepła. Poznaliśmy też Dorotę i Adriana, z którymi rozmawialiśmy na temat samego programu i pobytu w USA. 

 

Dzisiaj zaczęliśmy dzień w pracy o godz. 8 rano. Każdy wraz ze swoim Amerykaninem wyruszył w trasę, aby podostarczać do klientów zamówione wcześniej sprzęty. Byliśmy w trasie przez kilka godzin, w tym czasie szkoliliśmy nasz angielski i dobrze się bawiliśmy, słuchając muzyki i śpiewają c w trucku.   Jesteśmy przekonani, że jutrzejszy dzień będzie równie wyśmienity.  Jeszcze nie dociera do nas fakt, że od tygodnia jesteśmy w USA i zastanawiamy  się kiedy to do nas dotrze. 

 

Amerykańskie życie w polskim ciele.

Nie ma nic lepszego niż day off. Takim mottem zaczęliśmy nowy tydzień. Przez ostatnie dni wiele się działo. W niedziele wieczorem po ciężkim dniu pracy zorganizowaliśmy długo wyczekiwane BBQ PartyMoney$worth okazał się dla nas bardzo łaskawy i wypożyczył nam na wieczór grill gazowy. Miłosz spisał się jako nadworny kucharz i zrobił najlepsze burgery pod księżycem! . Jak zwykle w naszej rybce (domku) pojawiło się mnóstwo ludzi z Polski, Ukrainy, Ameryki i Kazachstanu. Dzięki takim spotkaniom atmosfera w pracy i nie tylko staje się coraz bardziej wyluzowana.

 

W poniedziałek rano najwytrwalsi czyli Miłosz, Krzysiu, Areczek, Adi i grill wyruszyli w podróż do pracy, a Zuza z Wiką zostały i chowały sie przed upalnym słońcem. Wieczorem udaliśmy się całym domkiem na plażę gdzie odbywało sie kolejne spotkanie integracyjne. Słuchaliśmy muzyki, rozmawialiśmy i spędzaliśmy czas w międzynarodowym towarzystwie. Następnie wracaliśmy naszą kochaną trójką przez plażę do domu, śpiewaliśmy polskie hity, uciekaliśmy przed krabami (wieczorem na plaży jest ich naprawdę dużo). Przed wtorkowym plażowaniem mieliśmy pierwszą w Ameryce rozmowę o pracę w pobliskim kinie, gdzie wcześniej składaliśmy aplikację. Przebiegła ona w bardzo miłym nastroju. Później przyszedł czas na plażowanie. Graliśmy w siatkówkę, opalaliśmy się i oglądaliśmy walkę wędkarza z wielką flądrą. Trzeba przyznać, że tego dnia obawialiśmy się kąpieli w oceanie, po niedzielnych atakach rekinów w naszej okolicy. Po dniu pełnym relaksu, wieczorem odwiedziło nas kilkoro znajomych na nocne pogaduchy. Kolejny dzień jak zwykle zaczęliśmy od rozmów z najbliższymi na skypie, a później wyruszyliśmy na plażowanie.

 

Praca

Tydzień za  tygodniem, dzień za dniem i za chwile już będzie miesiąc jak jesteśmy w USA! Aklimatyzacja w pracy przebiegła szybko i bezboleśnie. Przychodząc do pracy każdy się uśmiecha, przybija sobie piątkę i czujemy się prawie jak w domu. Po przyjściu do pracy puszczamy amerykański rap i od razu pracuje się lepiej. Zazwyczaj jeździmy osobnymi truckami i wtedy, gdy leci "See u again"  myślimy o naszej trójce. W pewnym sensie stała się ona  piosenką wyjazdu. Czas w pracy mija bardzo szybko, kiedy jeździmy na truckach. W przeciwieństwie do dni, w  których musimy siedzieć w magazynie... Jeżdżąc truckami mamy okazję zwiedzić całe, naprawdę piękne, OBX. Widoki jakie się przed nami rozprzestrzeniają czasami zapierają dech w piersiach. Temperatura sięga wiele ponad 40 stopni, co sprawia że nieraz w czasie jazdy robimy krótką przerwę na kąpiel w oceanie. 

 

Miesiąc z w usa

4-tego lipca czyli w sobotę odbywało się jedno z najważniejszych świąt w USA - Independence Day czyli dzień niepodległości. Święto to jest celebrowane tutaj prawie w taki sam sposób jak sylwester. My do pracy zamiast jak co dzień jechać rowerem, pojechaliśmy taksówką, po drodze zatrzymując się na kawę ;) W końcu zarabiamy w grubych dolarach! Niestety nie dane nam było świętowanie 4-tego lipca tak jak to w Ameryce przystało, czyli spędzając czas z rodziną i przyjaciółmi, grając w cornhole, grillując oraz biorąc udział w paradach, festynach czy koncertach. Obserwowanie ludzi świętujących z naszych trucków było również interesujące. Wieczorem w wielu miejscach w OBX, były organizowane pokazy fajerwerków, które każdy z nas podziwiał wracając do bazy z kierowcą trucka. Miłosz wraz z chłopakami wieczorem udał się na domówkę do Słowaków, a dziewczyny poszły spać. Musimy przyznać, że ten tydzień był wyjątkowo ciężki, gdyż pracę zaczynaliśmy ok. 6.30, a kończyliśmy ok. 21. Niedzielny wieczór był na tyle interesujący, że po powrocie z pracy zasnęliśmy jak małe dzieci.

 

Za to w poniedziałek wieczorem zamiast cotygodniowej imprezy zrobiliśmy grilla, wpadło paru znajomych i i noc była zdecydowanie udana. Podczas grillowania wpadliśmy na świetny pomysł, aby iść na plażę i oglądać wschód Słońca. Oczekując na plaży zasnęliśmy, jednak z powodu wiatru część naszej ekipy obudziła się zmarznięta i poszliśmy do domu nie oglądając wschodu. Mentalność Amerykanów czasami wychodzi poza naszą wyobraźnię. Ostatnio jeden z naszych współlokatorów zauważył, że sąsiad wystawił sprawny grill, aby ktoś go zabrał. Skorzystaliśmy z tej okazji :) We wtorek z samego rana (12.00) przyjechał do nas Kevin - kolega z pracy. Wspólnie poszliśmy na plażę, dołączyli do nas również Kobra Team. Delektowaliśmy się słońcem wraz z przyspieszaczem do opalania :) Niestety cały czas obawiamy się rekinów... Podczas plażowania poznaliśmy grupę Amerykanów i postanowiliśmy zagrać we flanki. Stworzyliśmy rozgrywkę Polacy kontra Amerykanie i udało nam się wygrać. Wieczorem pojechaliśmy do Kevina, gdzie spędziliśmy miło czas grając z Amerykanami w beer ponga i próbowaliśmy grać w golfa. Amerykanie uwielbiają tą grę!

 

 

Tydzień w pracy był bardzo męczący gdyż w weekend zaczynaliśmy już o godzinie 5.30 i kończyliśmy ok. 22, tym samym pobijamy rekordy ilości godzin w pracy i braku snu. Po ciężkim tygodniu przyszedł czas na relax. Stwierdziliśmy, że należy nam się wyjście do pobliskiego klubu (Longboard) na International Love Party. W ciągu dnia jest on pubem, a w niedzielne noce zamienia się w remizę do imprezowania, bo inaczej tego nazwać nie można. Przed wejściem do klubu Wika z Zuzą otrzymały specjalne opaski oraz krzyżyki narysowane markerem na dłoniach, które oznaczały, że nie mają 21 lat i nie mogą spożywać, ani nawet trzymać alkoholu. Ponadto zabrali im paszport oraz opiekunowi (Aron stał się naszym opiekunem w tę noc). Ze względu na prawo stanowe, imprezy w Północnej Karolinie musza kończyć się o godzinie 2 w nocy, w związku z tym część z nas (dziewczyny) udała się na poolparty, a Miłosz wrócił do nas do domu na afterparty.

 

Poniedziałek okazał się ciężki dla Miłosza i naszych współlokatorów. gdyż zaspali do pracy. Tego dnia większość pracowników z  Managerem na czele popełnili ten sam błąd. Miłoszek okazał się pracownikiem tygodnia, gdyż pojawił się w pracy jako jeden z pierwszych! Wika z Zuzą tego dnia chciały wybrać się na wycieczkę skuterami po wyspie, ale okazało się to nieopłacalnym interesem, gdyż wynajęcie skutera na jeden dzień kosztuje 125$. Porównywalnie wypożyczenie na jeden dzień samochodu kosztuje ok. 50$. Pod wieczór Miłosz wyruszył na przygodę z rybołówstwem wraz z naszymi amerykańskimi znajomymi. Udało im się złowić kilka drapieżnych ryb oraz około metrowego rekina! Niestety wrzucili go z powrotem do oceanu, aby podrósł i mógł kogoś zjeść... Wtorek okazał się dla nas bardzo stresujący, ponieważ czekaliśmy na rozwiązanie sprawy sądowej naszego kolegi. Okazało się, że jako wyrok sprawiedliwości otrzymał karę 24h przebywania w więzieniu. Na szczęście znaleźli się bohaterzy i wpłacili kaucję za naszego kompana.. Wika z dziewczynami z domku pod wieczór wyruszyły na memorial, aby nadrobić braki w zwiedzaniu OBX, a wieczorem urządziliśmy sobie "rodzinne" grillowanie przy winku z ekipą z naszego domku.

 

Musimy przyznać, że wszyscy są już trochę zmęczeni dużymi imprezami i czasami mamy chęć posiedzieć we własnym gronie i odpocząć. Środa okazała się dniem skypa i każdy nadrabiał braki w kontaktach ze swoimi bliskimi. Później dziewczyny wyruszyły na rozmowę o pracę. Musimy się pochwalić, że po długich poszukiwaniach drugiej pracy w końcu się udało! Musimy tu w szczególności podziękować Ani, która bardzo nam pomogła :) Dziewczyny będą pracować jako hostessy w restauracji. Pod wieczór wyruszyliśmy na spacer brzegiem oceanu przy zachodzie słońca. Aktualnie relaksujemy się na naszym tarasie, a jutro i pojutrze niestety i stety trzeba wracać do pracy.

 

Projekt OBX

Witamy Was po długiej przerwie. W ostatnich dniach nie mieliśmy czasu, żeby napisać nowego posta, a wszystko dlatego, że pracujemy teraz 7 dni w tygodniu, ponieważ mamy dwie prace. Aktualnie pracujemy w hotelu Daysinn, gdzie dziewczyny są housekeeperkami, a Miłosz pracuje w pralni hotelowej. Nie ukrywamy, że czasami jest nam ciężko, ale dajemy radę! Tydzień temu nasz kochany kierownik - Rob pozwolił nam na pożyczenie firmowego vana (w dodatku z darmowym paliwem). Dostaliśmy go na całą dobę, dzięki czemu mieliśmy możliwość zwiedzenia wyspy, na której mieszkamy. Na początku chłopcy (dziewczyny niestety tego dnia pracowały) udali się do Akwarium Północnej Karoliny, gdzie mogli podziwiać między innymi, aligatory czy rekiny z bliska. Następnie Miłosz z Krzyśkiem wyruszyli na podbój najwyższej latarni w OBX, która znajduje się na przylądku Hatteras. Pokonanie 258 schodów, w ponad 40 stopniowym upale było wynagrodzone niesamowitym widokiem z góry. Gdy Zuza z Wiką skończyły pracę w hotelu, chłopaki przyjechali po nie i wspólnie udali się na obiad do Wendy's na pyszne burgery. Pod wieczór wszyscy razem wyruszyliśmy w podróż na wielkie wydmy. Ogromne ilości piasku sprawiały, że czuliśmy się jak na pustyni, nie pasowało do tego tylko to, że z każdej strony byliśmy otoczeni wodą ;) Na piaskach obejrzeliśmy zachód słońca, po czym udaliśmy się na mały shopping do TJmaxa. Po dotarciu do domu postanowiliśmy udać się do pobliskiego klubu, aby miło zakończyć wyczerpujący dzień. Ostatnia niedziela okazała się pechowa dla Miłosza, ponieważ będąc w pracy uszkodził sobie kolano. Po dzielnie przepracowanym całym dniu, po godzinie dwudziestej, nasz kolega Colin wraz z Wiką postanowili zawieźć go do szpitala. Nie ukrywamy, że wizyta tam była dla nas nowym doświadczeniem. Po przebadaniu okazało się, że Miłosz ma zwichnięte kolano, założyli mu na nogę szynę, dali kule i wypuścili do domu. 

 

Najważniejszym wydarzeniem ostatnich dni była wielka impreza (Project (OB)X), którą udało nam się zorganizować w naszym domu. Mianowicie troje lokatorów (Miłosz, Adrian i Karolina) obchodzili urodziny w zbliżonym terminie i postanowili zorganizować wspólne party. Termin zaplanowaliśmy na wtorek. Chcieliśmy aby było dużo atrakcji, więc wypożyczyliśmy trochę sprzętu z Money$worth'a (m.in. leżaki, parasole, gry, stoły, lampki, lodówki), odpaliliśmy grilla i co najważniejsze załatwiliśmy dwóch miejscowych Dj'ów. Poza tym przygotowaliśmy ok. 60 litrów pysznego ponczu oraz upojonego arbuza. Na imprezę według nas przybyło lekko ponad 100 osób (według miejscowej policji 200-300 ;D). Ludzie zaczęli schodzić się o godzinie 22. Każdy z gości był pod ogromnym wrażeniem organizacji i wielkiej skali eventu (ilość przybyłych gości, wiele samochodów zaparkowanych przed naszym domem oraz na całej ulicy i profesjonalny sprzęt dj'a na tarasie robiły furrorę). Niestety po trzeciej wizycie policji o godzinie ok. 1:30 musieliśmy przenieść naszą zabawę na plażę. Tam część bawiła się do białego rana. Wszyscy zgodnie przyznają, że była to największa i najlepsza impreza w OBX. Do tej pory przyjmujemy podziękowania za organizację tej nocy. Według lokalnych mieszkańców oraz Ani, która już od wielu lat koordynuje wyjazdy polskich studentów do Outer Banks, impreza przeszła do historii workowiczów. 

 

American Dream dobiega końca

Ostatnie dni w OBX strasznie nam się dłużyły... Praca 7 dni w tygodniu, monotonia, no i wizja zbliżającego się tripa nie ułatwiała nam życia. Dodatkowo druga połowa sierpnia stała się okresem pożegnań, ponieważ wielu naszych znajomych kończyło pracę i wyjeżdżało z OBX przed nami.


W końcu przyszedł czas na nas. U nas jak zawsze wszystko na ostatnią chwilę, pakowanie, organizowanie dojazdów, wysyłanie rzeczy do Polski, itd. Pierwszy wyjechał Miłosz z chłopakami, żeby jeszcze przed wspólnym Cruisem na Karaiby odwiedzić Key West. Oczywiście nie obyło się bez przygód, zaczęło się od spóźnienia na samolot, następnie problem z wynajęciem samochodu, później już tylko małe problemy z miejscową policją i ostatecznie mandat (to wszystko w 2 dni :D). Pobyt na Key West był zdecydowanie udany przede wszystkim ze względu na dobre towarzystwo i zabawę ;) Następnym przystankiem było Miami, gdzie dołączyła do nas Wiktoria wraz ze swoim chłopakiem, która była wcześniej z dziewczynami w Orlando. W Miami czas upłynął na zabawach, klubach i pięknych samochodach... :D

 

Nadszedł czas na Cruisa! Ogromny statek, tysiące ludzi, siłownie, boiska do gry w piłkę nożną, koszykówkę, bieżnia, baseny,
zjeżdżalnie wodne i dziesiątki restauracji - to wszystko zrobiło na nas ogromne wrażenie. Co więcej na statku był również teatr, spa, minigolf, park linowy, puby, kluby, kasyno, salon gier, kino przy basenie i wiele innych - uwierzycie? :D W trakcie 8-dniowego rejsu nie było czasu na nudę.


Pierwsza wyspa do jakiej dobiliśmy to St Maarten. Pewnie kojarzycie lotnisko przy samej plaży i ludzi trzymających się ogrodzenia podczas startu samolotu? My mogliśmy stanąć na ich miejscu i tego doświadczyć - musimy przyznać, że to niesamowite przeżycie ;) Kolejny przystanek St Kitts. Tam skusiliśmy się na wycieczkę busem do okoła wyspy. Miejsce to zrobiło na nas duże wrażenie. Straszna bieda, biegające małpy i dzika natura. Kierowca busa był jednocześnie naszym przewodnikiem i ochroniarzem (w niektórych miejscach było naprawdę niebezpiecznie).

 


Następna wyspa - San Juan w Puerto Rico. Tu również wybraliśmy się na Bus Tour, wyspa ładna, ale nie zrobiła na nas dużego wrażenia. Ostatni port to Grand Turk. W życiu nie widzieliśmy tak czystej wody jak właśnie tam. Na tamtejszych plażach można poczuć się jak w raju.
Na tej wyspie wypożyczyliśmy skutery i zwiedzaliśmy wyspę na własną rękę - zdecydowanie było warto ;) Po ośmiodniowym zwiedzaniu, objadaniu się pysznościami i życiu w wygodzie, gdzie wszystko robili za nas przyszedł czas na dalsze zwiedzanie lądu. jako, że czuliśmy niedosyt po wcześniejszym pobycie w Miami, postanowiliśmy zostać tam jeszcze jedną noc, aby odwiedzić parę miejsc.

 

Później wyruszyliśmy na podbój zachodniego wybrzeża. Pierwszy przystanek - Los Angeles. Tam wypożyczyliśmy samochód, którym przemieszczamy całe wybrzeże. W Los Angeles mieliśmy ostatnią okazję, aby spędzić dzień z naszymi dobrymi znajomymi, którzy już kończyli swojego tripa. Pierwszym rozczarowaniem w LA był brak oświetlenia znaku Hollywood, który postanowiliśmy obejrzeć nocą. Poza tym miasto jest dosyć niebezpieczne (dużo bezdomnych, narkomanów i dziwnych ludzi). Najładniejsze okazały się plaże - Long Beach czy Venice Beach, gdzie oprócz opalania można skorzystać z siłowni, boisk, skate parku, placów zabaw albo przejść się długą promenadą. Bardzo ładną dzielnicą jest również Beverly Hills. Poza tym miasto jest dosyć przereklamowane - np. aleja gwiazd. Następnym punktem naszej podróży było San Diego, które

 

przywitało nas niesamowitym zachodem słońca i od razu się w nim zakochaliśmy. Miasto okazało się jednym z ładniejszych miejsc jakie odwiedziliśmy. Podczas zwiedzania natknęliśmy się na mecz Baseballa pomiędzy San Diego, a San Francisco i nawet udało nam się zdobyć darmowe bilety! Było to niesamowite przeżycie ;)

 

Następnego dnia wpadliśmy na spontaniczny pomysł, aby odwiedzić
Meksyk, gdyż granica pomiędzy USA, a Meksykiem znajduje się zaledwie 25km od San Diego. Udaliśmy się do Tijuany, dosyć dużej, przygranicznej miejscowości. To również było dla nas dużym przeżyciem. Po kilku godzinach, drobnych zakupach i pamiątkowych zdjęciach wyruszyliśmy w dalszą podróż na Wielki Kanion. Po długiej podróży dotarliśmy do motelu na słynnej Route 66 i tam odpoczywaliśmy przed zwiedzaniem Kanionu. Grand Canyon to miejsce, które każdy powinien odwiedzić. Widoki zapierają dech w piersiach i żadne zdjęcie nie odda tego uczucia. Po kilku godzinnych wędrówkach i obejrzeniu zachodu Słońca pojechaliśmy do następnego punktu naszego tripa - Las Vegas. Dotarliśmy na miejsce późno w nocy i chyba lepiej. To miasto trzeba oglądać po zmroku ;) Miliony świateł, niesamowite hotele, kasyna, kluby, pokazy to miejsce tętni życiem.
Miłosz z chłopakami byli na niesamowitym Pool Party, gdzie ok. 1000 osób bawiło się wspólnie do muzyki granej przez samego Armina van Buurena. Wiki w tym czasie zadowalała się sklepami (wejście na imprezę +21 lat :(). Kolejne dni w Vegas mijały na odpoczywaniu przy basenie oraz zwiedzaniu hoteli, klubów, kasyn i słynnych z filmów (np. Kac Vegas czy Oceans Eleven) miejsc. LV spodobało nam się na tyle, że zostaliśmy tam jedną noc dłużej niż mieliśmy w planie. Gdy w końcu rozstaliśmy się z miastem na pustyni, wyruszyliśmy na słynną Dolinę Śmierci. Tam podziwialiśmy przedziwne formacje gór i piękną naturę. Te widoki również zrobiły na nas niezłe wrażenie. Z tego miejsca udaliśmy się w kolejną długą podróż do ostatniego punktu naszego tripa - San Francisco. Po drodze trochę błądziliśmy po dzikim zachodzie, ale po 10h podróży dotarliśmy do San Francisco,gdzie udaliśmy się na punkt widokowy gdzie mogliśmy zobaczyć Golden Bridge oraz słynne więzienie Alcatraz. Następnie wyruszyliśmy w podróż na lotnisko, gdyż Wiktoria miała swój lot do NY. Zjedliśmy ostatnie wspólne śniadanie, odprowadziliśmy ją pod braki, ostatnie pożegnanie i " do zobaczenia w Polsce". Miłosz wraz z chłopakami zostali, aby kontynuować swoje jednodniowe zwiedzanie SF, a następnie tak jak Wika  15 godzin później -polecieć do NY. Nowy York jest dla nas, ostatnim punktem wycieczki. Wiktoria wraz Zuzą wróciły już do Polski, a Miłosz właśnie ma przesiadkę w Helsinkach.

 


Musimy przyznać, że program Work and Travel. Daje wiele możliwości, a przede wszystkim możliwość poznania nowych ludzi, nawiązywanie nowych przyjaźni  oraz zobaczyć
miejsca o których marzyliście przez całe swoje dotychczasowe życie!

 

Chcesz dowiedzieć się więcej o ofercie opisanej na blogu?

Sprawdź jej opis tutaj.

 

 

 

Please reload

Wyróżnione posty

Poznaj 7 powodów, dla których warto wyjechać do Azji na Work and Travel

February 20, 2020

1/10
Please reload

Ostatnie posty

January 31, 2020