Time of my life

September 6, 2017

Wizja życia w Stanach, a przynajmniej wyjechania tam na chwilę zrodziła się w mojej głowie dużo wcześniej, niż nawet sięgam pamięcią. Wpłynęły na mnie z pewnością setki obejrzanych filmów, w tym kilka moich ulubionych, których akcja odbywała się właśnie tam. Wiedziałam jednak, że nie zadowoli mnie nic w stylu zorganizowanej wycieczki, ani parę tygodni pobytu. Pracując w Anglii we wakacje po maturze natknęłam się na facebook’u na zdjęcia znajomej, która akurat była na work&travel. Nie wahałam się by spytać, jak udało jej się zorganizować taki wyjazd. Spotkałyśmy się w grudniu, ale nie potrzebowałam wiele czasu do namysłu. Już w czasie spotkania byłam zdecydowana, że jadę i chyba jeszcze przed końcem roku załatwiłam wszelkie formalności. Pomimo faktu, że jechałam całkiem sama nie miałam żadnych oporów.

 

Nie do końca byłam pewna gdzie dokładnie chcę się udać, więc trochę przez przypadek, trochę za namową innych padło na Outer Banks w Karolinie Północnej. Wyjazd zaplanowałam na ostatnie dni maja 2016 roku. Zanim jednak dotarłam na miejsce postanowiłam zajrzeć do Nowego Jorku, by poczuć amerykański klimat i trochę ochłonąć po intensywnej, przyspieszonej sesji. Lot z Poznania do Nowego Jorku z przesiadką w Monachium wspominam jako lot życia. Prawdopodobnie dlatego, że w końcu byłam w trakcie realizacji największego ze swoich dotychczasowych marzeń. Zanim jednak mogłam w pełni wykorzystać te kilka dni w NY, zmuszona byłam trochę poczekać. Oficjalnie wpuszczona zostałam na teren USA dopiero 4 godziny po wylądowaniu. Początkowo czekałam tylko godzinę jeszcze w samolocie tuż po wylądowaniu, potem około 3 godzin w dwóch różnych kolejkach. Pomimo zmęczenia lotem, czekaniem i małym stresem przy rozmowie z urzędnikiem imigracyjnym i tak byłam w euforii i z radością wsiadłyśmy z moją nowojorską towarzyszką do kultowej, żółtej taksówki. Na chwilę udałyśmy się do naszego brooklińskiego hostelu, by po chwili wytchnienia zacząć eksplorować miasto. I tak w sumie bez wytchnienia, śpiąc po około 5 godzin w ciągu doby korzystałyśmy z tego co Nowy Jork ma do zaoferowania, a nie muszę chyba mówić, że ma wiele. Byłam zachwycona absolutnie wszystkim, co widziałam, Zaczynając od przesympatycznych ludzi i nieco przytłaczającej architektury miasta, a kończąc na dość mocno zapuszczonym, ale niesamowicie klimatycznym metrze. Oprócz odwiedzenia Statuy Wolności oraz legendarnego Empire State Building udało mi się również zajrzeć do Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie zobaczyłam na żywo prace światowych artystów, jak Van Gogh, Klimt, czy Warhol. Wcześniej znałam ich sztukę jedynie z książek i albumów. Pospacerowałam też wieczorem po bogatszej części Manhattanu i po alejkach tak bardzo kojarzonych chociażby z serialem “Sex and the city”. Po tych wrażeniach mogłam spokojnie udać się do Outer Banks, a konkretniej do Kill Devil Hills gdzie znajduje się mój amerykański dom. Jest to jakieś 8 godzin od Nowego Jorku.

 

Krajobraz w Karolinie Północnej zupełnie się zmienił, było bardziej wiejsko, jeśli można to tak ująć. Outer Banks znajduje się przy oceanie Atlantyckim, wzdłuż miejscowości przebiega autostrada, nieopodal znajduje się również zatoka. Po przyjeździe od razu rzuca się w oczy żółta linia na autostradzie, typowo amerykańska zabudowa i specyficzne uliczki oraz podjazdy przed domkami jednorodzinnymi. Pierwsze dni na miejscu nie były może najlepsze, bo trzeba było załatwić kilka ważnych spraw, jak założenie konta w banku, większe zakupy, czy pójście po raz pierwszy do pracy. Do tego dochodził fakt, że do pracy z miejsca zamieszkania miałam ponad 6 mil do pokonania rowerem w super-ciepłej pogodzie. W dodatku mój angielski okazał się nie tak dobry, jak sądziłam. Zajęło mi dobre 3 tygodnie zanim zupełnie dobrze rozumiałam, co mówią do mnie amerykanie, ale także, gdy sama zaczęłam lepiej artykułować to, co mam na myśli. Szybko jednak poczułam klimat okolicy i pomimo kilku początkowych zmartwień pobyt w Outer Banks będzie mi się zawsze jawił jako piękne lato. Żyłam tam przez większość czasu w całkowitej euforii, trochę oderwana od rzeczywistości, przez co trudno mi było się odnaleźć po powrocie.

W czasie pobytu w OBX spędzałam bardzo dużo czasu pracując. Nie był to jednak zły czas - przeciwnie, bo pomimo wielu godzin w pracy były to i tak dobre chwile. Moją pierwszą pracą był Jimmy’s Seafood Buffet, gdzie pracowałam jako hostessa. Już wtedy widziałam, że praca tam znacznie polepszyła mój angielski, w końcu głównym zajęciem hostessy jest właśnie mówienie, a także odbieranie telefonów. Po pracy pomagałam również w kuchni przygotowując jedzenie na następny dzień. Wieczór zresztą był jedną z najlepszych części dnia, bo wszyscy pracownicy spotykali się w kuchni, a potem jedliśmy razem wspólny posiłek. Nierzadko też razem imprezowaliśmy lub chodziliśmy nocą na plażę, pomimo tego, że pracę kończyliśmy około 10, 11 PM. Po miesiącu pracy w Jimmisie postanowiłam poszukać dodatkowego zajęcia. Zostałam zatrudniona w Duck Donuts jako topper i dekorowałam pączki, czasem przygotowywałam też kawę. Mogę śmiało powiedzieć, że było to najlepsza praca i miejsce w jakim kiedykolwiek miałam okazję pracować. W obydwóch pracach poznałam wielu niesamowitych ludzi, z którymi łączą mnie niezapomniane wspomnienia, ale również bardzo dobry kontakt do dzisiejszego dnia.

 

Ciekawym zdarzeniem podczas pobytu w OBX był również jednodniowy wypad ze znajomymi do Waszyngtonu. Pozwoliło nam to na chwilę odsapnąć od natłoku pracy i oderwać się na chwilę od otaczającej nas na co dzień scenerii, bo wyjazd ten złożył się akurat na połowę naszego pobytu w OBX. W pełni wykorzystaliśmy dzień w stolicy USA na chodzenie po muzeach, po mieście i wieczorny, zasłużony posiłek w restauracji, gdzie tym razem to my byliśmy obsługiwani.

 

Nie wiem nawet, kiedy minęły mi te 4 miesiące. Nadszedł jednak koniec września i czas opuszczenia OBX. Dopiero wtedy poczułam się trochę depresyjnie, dodatkowo mojego nastroju nie poprawiało widoczne w przyrodzie nadejście jesieni. Jednak przede mną był jeszcze trip, podobno najciekawsza część tego wyjazdu. W ostatnie dni września doleciałam do Kalifornii, gdzie spotkałam się ze znajomymi z OBX. Przeżyłam kolejnych kilka dni zachwytu, ponieważ tak samo jak o NY, o Los Angeles marzyłam od zawsze. Wspinaliśmy się na wzgórza hollywood, odwiedziliśmy tam znane planetarium, wykąpaliśmy się na Venice Beach w Oceanie Spokojnym, ale nawet sam widok ulic, palmy i kalifornijskie światło są satysfakcjonujce jeśli już znajdziesz się w mieście aniołów. Następnym z moich kierunków okazało się trochę zbyt głośne i zatłoczone jak dla mnie Las Vegas, do którego w drodze miałam okazję zrobić zakupy w centrum handlowym na pustyni, co było ciekawym doświadczeniem. Później zrealizowałam tygodniowy trip po Arizonie, Utah, Idaho, Wyoming i Montanie. Zobaczyłam między innymi: Grand Canyon, Bryce Canyon, Zion National Park, Arches National Park i słynny Yellowstone, jak również Dolinę Śmierci. To dzięki tej podróży miałam okazję zobaczyć wiele pięknych, amerykańskich wschodów i zachodów słońca, w zestawieniu z którymi europejskie nie mają zupełnie szans. Przebyłam setki kilometrów przemierzając autostrady USA i podziwiając widoki, które były mi dotychczas znane, jednak tak bliskie dzięki filmom chociażby Davida Lyncha. Na sam koniec mojego 4,5 miesięcznego pobytu wpadłam ponownie na kilka nocy do Nowego Jorku i w połowie października zmierzałam do Polski.

 

Wyjazd poleciłam i wciąż polecam wszystkim, nie tylko osobom tak dziko zafascynowanym Stanami jak ja. Jest to czas na sprawdzenie i odnalezienie siebie w zupełnie innej rzeczywistości, polepszenie języka i zawarcie znajomości właściwie z całego świata. Pomimo kilku gorszych aspektów tej podróży, jak chociażby dodatkowe kilogramy spowodowane amerykańską dietą, zupełnie nie żałuję swojej decyzji. Mogę śmiało powiedzieć, że był to jak najbardziej “time of my life”. Na potwierdzenie moich słów dodam, że w te wakacje wracam do Stanów i tym razem zatrzymam się na dłużej na Zachodnim wybrzeżu.

 

Chcesz dowiedzieć się więcej o ofercie opisanej na blogu?

Sprawdź jej opis tutaj.

 

 

 

 

 

Please reload

Wyróżnione posty

Poznaj 7 powodów, dla których warto wyjechać do Azji na Work and Travel

February 20, 2020

1/10
Please reload

Ostatnie posty

January 31, 2020

Please reload

Archiwum