Moja przygoda w Stanach Zjednoczonych

November 10, 2017

Moja przygoda w Stanach Zjednoczonych zaczęła się pod koniec maja. Kiedy po dość długiej podróży dotarliśmy do OBX. Ania od razu pomogła nam załatwić konta bankowe, zakupić rower oraz pierwsze zakupy oraz odwiozła nas do domu. Nasz dom znajdował się w Duck. Byliśmy pierwszymi osobami, które dotarły do domu, dzięki czemu mogliśmy wybrać sobie pokój, który nam odpowiada. Dodatkowo mieliśmy stół bilardowy w domu, dzięki czemu wieczorami się nie nudziliśmy. Jeszcze tego samego dnia przyjechał menager restauracji i zaczęły się roszady. Jako, że przyjechaliśmy grupą 6 osób mieliśmy pracować wszyscy razem w restauracji Sunset Grill and Raw Bar na kuchni. Niestety menager stwierdził, że kobiety są zbyt delikatne i przeniósł mnie wraz z Klaudią na tzw. „front”. Zostałyśmy hostessami. Ja osobiście byłam przerażona. Znałam język, ale i tak perspektywa przebywania z samymi Amerykanami powodowała pewne wątpliwości, czy aby na pewno dam sobie radę. 

 

Następnego dni był nasz pierwszy dzień pracy. Byłyśmy dość zagubione, ponieważ z uwagi na zmianę nawet nie wiedziałyśmy kto będzie naszym menagerem i do kogo mamy się zgłosić. Otuchy dodawało to, że byłyśmy razem. Weszłyśmy do restauracji bardzo przestraszone, ale osoby, które spotkałyśmy na wejściu od razu nam pomogły. Za kilka minut pojawiła się menagerka frontu, Beth. Przyjęła nas bardzo ciepło, upewniała się, abyśmy wszystko zrozumiały i czuły się komfortowo. Po wypełnieniu wszystkich dokumentów dołączył do nas Łukasz. Jest on również menagerem w tej restauracji. Jak samo imię mówi jest Polakiem, co bardzo ułatwiło tłumaczenie naszych obowiązków. Dodatkowo jak to rodak podpowiedział nam kogo unikać a komu można spokojnie zaufać. Po szybkim oprowadzeniu po restauracji pokazał nam nasze stanowisko hostess. Wszyscy przywitali nas bardzo ciepło. Na początku osobiście musiałam mocno się skupić, aby zrozumieć co wszyscy do nas mówią. Barierą był akcent. Jest on zupełnie inny, niż uczą nas w szkołach. Na szczęście wszyscy byli bardzo wyrozumiali i pomagali nam, tak abyśmy czuły się komfortowo. 

 

 

Po kilku dniach okazało się, że angielski wcale nie jest taki straszny, a praca bardzo przyjemna. Koleżanki z pracy odpowiadały na moje każde pytanie i pomagały jak tylko się dało. Miałam również bezpośredni kontakt z klientami, dzięki czemu po około 3-4 tygodniach mowa po angielsku stała się czymś naturalnym. Nasza menagerka hostess, Sara dała nam dużo swobody. Mogłam samodzielnie rozmawiać z klientami, nie zwracała uwagi na to czy gramatyka jest poprawna. Jednak za każdym razem, kiedy potrzebowałam pomocy, bo nie zrozumiałam co mówi klient od razu mi pomagała. 

Jeżeli chodzi o menagerów jest to zupełnie inna osoba niż w Polsce. Tam menager jest również kolegą, który zawsze pomoże, doradzi i wspiera. Kiedy trzeba oczywiście zwróci uwagę, ale nigdy nie jest to nieuzasadnione. Dzięki temu ja osobiście czułam się bezpiecznie i jakbym była tam już wiele lat. Nasze menagerki doskonale zdawały sobie radę, że jesteśmy tutaj same, bez rodziny i bardzo dbały o nas, jeżeli byłyśmy chore albo miałyśmy problemy prywatne. Zawsze służyły radą i pomocą ile tylko mogły. 

Poza hostessami poznałam również innych pracowników „frontu”. Byli to kelnerzy oraz busserzy (osoby sprzątające stoliki po klientach). Poznałam tam wiele koleżanek, z którymi jeździłyśmy razem na obiady, zakupy oraz bawiliśmy się na imprezach. Przyjaźnie, które tam się zawiązały spowodowały, że bez wahania zapisałam się na następny program w przyszłym roku. Dodatkowo dwie z moich bardzo dobrych koleżanek przyjeżdżają do mnie na święta Bożego Narodzenia, aby zobaczyć przede wszystkim śnieg oraz jak wyglądają nasze święta. Utrzymujemy kontakt cały czas, pomimo różnicy czasu. Pomaga to również w utrzymaniu ciągłej pracy nad językiem angielskim zarówno w piśmie jak i w mowie. 

 

Ale wystarczy o pracy ;) Po pracy nadszedł długo wyczekiwany czas wycieczki i odpoczynku. Na wycieczkę pojechaliśmy w czwórkę (ja, Tomasz- mój chłopak, Adrian, Bartek). Naszą przygodę rozpoczęliśmy w Las Vegas. Pierwszym naszym krokiem w Las Vegas było wypożyczenie samochodu. Jest to moim zdaniem niezbędna rzecz na Zachodnim Wybrzeżu. Pierwszego dnia, jako że dotarliśmy do hotelu bardzo późno to tylko zjedliśmy, przejechaliśmy się samochodem po The Strip i wróciliśmy do hotelu. Następnego dnia pojechaliśmy odwiedzić Dolinę Śmierci (Death Valley). Pomysł wyszedł dość spontanicznie. Widoki, które zastaliśmy zaraz po opuszczeniu miasta zapierały dech w piersiach. W ciągu kilku minut z ulic wielkiego miasta znaleźliśmy się na pustyni. Piasek, małe kolczaste krzewy i kamienne góry i pagórki zrobiły na nas wrażenie, co spowodowało, że nie mogliśmy doczekać się, aż dojedziemy na miejsce. Kiedy dotarliśmy do punktów widokowych to zrobiło na nas ogromne wrażenie. Ta przestrzeń i widoki były niesamowite. Następnie udaliśmy się wieczorem na The Strip. Zaczęliśmy od hotelu Bellagio i pokazu fontann. Po pokazie udaliśmy się do hoteli takich jak Paris, Venecia, Ceasar Palac. Udaliśmy się również do kasyna, w jednym z tych hoteli. Wszyscy pograliśmy na automatach i nawet udało mi się wygrać 10$! I później chłopcy poszli na ruletkę. Całkiem dobrze im szło, ale bez strat się nie obyło. Ale w końcu Las Vegas jest od tego, aby się zabawić. Kolejnego dnia pospaliśmy chwilę dłużej a następnie udaliśmy się na wieżę widokową Stratosphera. Widoki tam są nieziemskie. Polecam każdemu. Pod wieczór, na sam zachód słońca udaliśmy się na diabelski młyn, z którego doskonale widać wszystkie hotele na The Strip oraz góry znajdujące się poza miastem. Na wieczorny wypad udaliśmy się do starego Vegas na Fremont Street. To miejsce oddaje cały klimat Vegas, który znamy z filmów. Jedno z moich ulubionych miejsc.

Następnym punktem podróży był Grand Canion. Po 5 godzinach podróży dotarliśmy do Parku Narodowego. Dotarliśmy do punktu widokowego. To zrobiło na nas ogromne wrażenie. Kolory, otchłań i czysta natura. Trzeba tam być, aby to poczuć. Dodatkowo to zostało naszym miejsce. Tomasz bardzo mniej zaskoczył i oświadczył się. To był najwspanialszy moment w moim życiu. Już na zawsze to miejsce będzie miało szczególne znaczenie. Po bardzo emocjonującym dniu w Grand Canionie udaliśmy się do Los Angeles na kolejną przygodę. 

 

Podróż nie była łatwa bo zajęła nam aż 8 godzin i to po całym dniu zwiedzania. Kiedy już szczęśliwie dotarliśmy do hotelu jedyne o czym marzyliśmy to kąpiel i łóżko. Pierwszego dnia naszej wizyty w LA udaliśmy się do Universal Studio. Spędziliśmy tam cały dzień nawet nie wiedząc kiedy to minęło. Zwiedziliśmy różne plany filmowe oraz oglądaliśmy rekwizyty z najpopularniejszych filmów. Po wycieczce dookoła studio udaliśmy się na przedstawienia. Pierwsze przedstawienie było poprowadzone przez zwierzęta, które grają w filmach Hollywood. Show, które było z ich udziałem było zarówno zaskakujące jak też bardzo zabawne. Idealne na poranek. Kolejne show, które odwiedziliśmy było na temat efektów specjalnych. Prowadzący pokazali nam jak powstają różne dźwięki, postacie oraz tła filmów. Pojawił się nawet podpalony aktor na scenie. To było coś. Następnie udaliśmy się na rollercoastery. Było ich klika, a każdy z innego filmu. Atmosfera, która panowała przed wprowadzała w tematykę filmu oraz nakierowywała czego można się spodziewać w środku. Każdy z nich był w wersji 3D dzięki czemu miał się wrażenie, że jest cię aktorem w filmie. Moim ulubionym był rollercoaster z Harrego Pottera, ale Mumia i Transformerski, również byli bardzo interesujący. Na koniec udaliśmy się na krótki spacer po planie Walking Dead co niestety nie było moją bajką, ale czego nie robi się dla chłopaka. Ostatnim punktem w Universal Studio było show pt. „Water world”. To było niesamowite jak wysportowani są aktorzy oraz, że można naprawdę zmoknąć siedząc na widowni.

 

Następnego dnia rano udaliśmy się na zwiedzanie LA. Pierwszym punktem na naszej liście było Hollywood Sign. Niestety podjechanie samochodem nie jest tam możliwe. Polecam wcześniej sprawdzić na różnych blogach najlepsze punkty widokowe, aby nie błądzić godzinami. Jako, że parkingi są na samym dole wzgórz polecam wygodne ciuchy i butelkę wody ;) Drugim punktem na mojej liście był Hollywood Walk of Fame. Same gwiazdy robią wrażenie, ale  niestety cały urok tego miejsca psują naganiacze, którzy za wszelką cenę chcą wcisnąć ulotkę ich firmy wycieczkowej. Spacer tam nie należy do przyjemnych z ich powodu. Jednak znajduje się tam również dużo sklepów z pamiątkami w bardzo okazyjnych cenach. Kolejnym punktem, który nie mógł zostać pominięty była ulica Rodeo Drive. Przepych który tam panuje to coś zupełnie innego, niż możemy zobaczyć na innych bogatych dzielnicach. Tam sklepy lśnią i zapraszają do środka swoimi wyjątkowymi wystawami. Każdy sklep posiada odźwiernego, a większość nawet prywatne parkingi dla klientów. Ja osobiście uwielbiam drogie i eleganckie samochody, a modele które tam zobaczyliśmy przechodziły moje oczekiwania. Będąc na Rodeo Drive odwiedziliśmy również słynne Beverly Hills. Bardzo miła i przyjemna okolica. Drugiego dnia udaliśmy się do Parku Narodowego Sekwoi. Był to pomysł bardzo spontaniczny. I była to jedna z naszych najlepszych decyzji. To było coś pięknego. Park, strumienie, ogromne drzewa, góry, dzikie zwierzęta, które nie boją się ani ludzi ani samochodów. Widoki zapierały dech w piersiach. Naszym małym marzeniem było zobaczyć dzikie niedźwiedzie i udało się!

 

W Los Angeles odwiedziliśmy również Santa Monica i Venice Beach. Można poczuć się jak w filmie. Te wielkie plaże i budki ratowników. Niestety woda była dla mnie zbyt zimna. 

Z Los Angeles udaliśmy się bezpośrednio do Nowego Jorku. I stanowczo Manhattan to moje miejsce na ziemi. Uwielbiam te tłumy ludzi wiecznie śpieszących się dokądś, eleganccy ludzie wchodzący do ogromnych budynków tylko z kawą w ręku oraz w pełni zrelaksowani ludzie w parkach, których pomimo, że jest to centrum miasta nie jest mało. Moim ulubionym miejscem jest Central Park. To oaza spokoju w centrum całego chaosu. Warto poświęcić kilka dni, aby zobaczyć wszystkie zakamarki tego miejsca. To był mój drugi raz w Nowym Jorku i za każdym razem jest coś nowego do zobaczenia i wartego uwagi.

 

Jeżeli wahasz się czy jechać… To jechać . Może faktycznie perspektywa 3 -4  miesięcy pracy nie wygląda kolorowo, ale ten czas mija szybko, a to co możesz zobaczyć podczas „travel” będziesz wspominał do końca życia. 

 

Chcesz dowiedzieć się więcej o ofercie opisanej na blogu?

Sprawdź jej opis tutaj.

 

Please reload

Wyróżnione posty

Poznaj 7 powodów, dla których warto wyjechać do Azji na Work and Travel

February 20, 2020

1/10
Please reload

Ostatnie posty

January 31, 2020

Please reload

Archiwum