Trzecia przygoda z Work and Travel

November 30, 2017

To już moja trzecia przygoda z Work and Travel, a druga z biurem IECenter. Zaczęła się ona 25 maja. Po dotarciu do miejsca docelowego OBX miałem spotkanie z moim menagerem. Z racji, że był to mój drugi rok w tej samej restauracji wiedziałem, co mnie czeka.

Praca na kuchni nie jest łatwa. Męczy przede wszystkim temperatura, która tam panuje. Dodatkowo jak w każdej restauracji są godziny, kiedy ruch jest dużo większy. Kiedy ona nadchodzi musisz być gotowy i skoncentrowany. Nie wiedzieć czemu wszyscy mieszkańcy Duck przychodzą na obiad w tym samym czasie. Powoduje to ciągle nadchodzące nowe ticket’y z zamówieniami, a kiedy myślisz, że już po wszystkim przychodzi kolejna tura gości. Restauracja Sunset Grill & Raw Bar w Duck jest bardzo dużą restauracją i jedną z nielicznych w okolicy, która może pomieścić w jednym czasie 400 osób, a grupy po 15-25 osób do jednego stolika to codzienność. W sezonie wydawaliśmy nawet po 600 głównych dań, a do tego dochodzą jeszcze sałatki, zupy, przystawki i raw bar. Niestety jadąc tam musisz być na to gotowy.

 

Ale żeby Was nie wystraszyć opowie trochę o swojej wycieczce. To było warte tego czekania. Wycieczkę z grupą zaczęliśmy od Las Vegas. Miasto grzechu to odpowiednia nazwa. Kasyna, alkohol, narkotyki i kobiety, wszystko co kusi w jednym miejscu. Jako, że The Strip ma głównie klimat w nocy w dzień udaliśmy się do Doliny Śmierci. Widoki, które spotkały nas zaraz po wyjeździe z miasta były szokujące. Dookoła piach, kamienie, kaktusy i dzikość. Ani jednego drzewa ani zwierzęcia. Kolory skał zmieniały się im bardziej oddalaliśmy się od miasta. Coś pięknego. Kiedy dotarliśmy na punkt widokowy ukazały nam się wielkie kaniony o różnych kolorach, ale był tam tylko piach i skały, nic więcej. Żadnej roślinności ani zwierząt. Faktycznie wyglądało to jak dolina śmierci. Gdyby ktoś tam się zgubił raczej nie miał by szans. Po zrobieniu zdjęć i przejażdżce po dnie kanionu wróciliśmy, aby wyszykować się do kasyna. Po dojeździe na The Strip zwiedzanie zaczęliśmy od Bellagio i pokazu fontann. Jest to wszystko dograne co do sekundy i wygląda dokładnie jak na filmach. Po pokazie udaliśmy się dalej główną ulicą wzdłuż wszystkich wielkich i słynnych hoteli. Na ulicach co chwile można było spotkać tancerki rewiowe w kolorowych piórach i skąpych strojach zachęcające do wspólnych zdjęć, zaraz obok nich stali „ochroniarze” wręczający wizytówki ze zniżkami na różne usługi. W każdym z hoteli były kasyna. Kolorowe automaty zachęcały do wejścia, a krupierzy, który byli elegancko ubrani zachęcali do gry przy ich stołach. My zaczęliśmy od automatów. Każdy mówił, że tam nie da się wygrać, bo przecież to wszystko jest ustawione, ale być w Vegas i nie zagrać na automatach to grzech. Automaty są przeróżne. Od bardzo prostych gdzie naciska się tylko jeden guzik, po takie gdzie każdy ruch musiał być przemyślany. Następnie po małej rozgrzewce na automatach poszedłem zagrać w ruletkę. Była to jedyna gra, której zasady znałem. Nie poszło mi zbyt dobrze, ale w Vegas niczego się nie żałuje. Następnego dnia w dzień udaliśmy się na punkt widokowy na Stratospher’e. Jest to najwyższy budynek w Las Vegas. Można również skorzystać z karuzeli znajdujących się na samym szczycie wieży, ale to już dla osób lubiących mocne wrażenia. Z tego miejsca wszystko wydawało się takie malutkie. Pod koniec dnia, na sam zachód słońca poszliśmy na diabelski młyn znajdujący się na The Strip. Udało nam się idealnie trafić na zachód słońca. Bardzo przyjemnie jechało się i oglądało jak Vegas budzi się do życia. Wszystkie światła zaczęły ożywać. Na nocny wypad udaliśmy się na Fremont Street, czyli stare Vegas. Cała ulica była pokryta zadaszeniem, na którym wyświetlane były kolorowe animacje. Na barach tańczyły skąpo ubrane kelnerki, a ludzie z alkoholem i papierosem w ręku grali we wszystkie możliwe gry hazardowe. Sam skusiłem się na grę w ruletkę. To było podejście numer dwa. Przypominałem sobie zasady w hotelu i postanowiłem odpić to co przegrałem poprzedniego dnia. I wiece co? Udało się. Do tej gry trzeba mieć cierpliwość i trzeźwy umysł. Szczęśliwi i spełnieni udaliśmy się do hotelu, aby odpocząć przed kolejną podróżą.

 

Następnego dnia udaliśmy się na Grand Canyon. Podróż nie była krótka, ale umilał go nam

zmieniający się za oknem krajobraz. Kiedy dotarliśmy do pierwszego punktu widokowego to co

zastaliśmy zaparło nam dech. Wielka przestrzeń i otchłań. Czysta natura nieskalana człowiekiem.

Pomimo tłumów ludzi odwiedzających to miejsce, nie czuło się ich obecności ze względu na ogrom

wolnej przestrzeni. To jest moje jedno z ulubionych miejsc na Ziemi. Niestety z powodu goniącego

nas czasu zdołaliśmy zobaczyć tylko dwa punkty widokowe, ale szczerze polecam spędzić tam

minimum dwa dni. Jest tam kilka hoteli i kampingów, w których nocleg jest możliwy.

Kolejnym punktem podróży było Los Angeles. Dojechaliśmy tam w nocy więc od razu udaliśmy się do hotelu. Zwiedzanie zaczęliśmy kolejnego dnia od rana. Pierwszego dnia odwiedziliśmy Universal Studio. Od samego rana ruszyliśmy w podróż po różnych planach filmowych. Dla najmłodszych była kraina Minionków, gdzie mogły pobawić się zarówno na karuzelach jak i w basenach. My zaczęliśmy od przestawień na żywo. Pierwsze bardzo przyjemne było przedstawienie, w którym głównymi aktorami były zwierzęta z filmów Amerykańskich. Byliśmy pełni podziwu jak wiele te zwierzęta potrafią. Drugie przestawienie pokazało nam jak działają efekty specjalne w filmach; biegające podpalone osoby, dźwięki w bójkach oraz jak powstają postacie tj. Miś Ted. Po przedstawieniach udaliśmy się na rollercoastery. Były one tematyczne i w 3D. Każda z kolejek była inna i warta zobaczenia. Bardzo polecam Mumię, Transformersów oraz Harrego Pottera. Takiego czegoś w nas nie znajdziecie na pewno. Na koniec naszej wizyty udaliśmy się na plan Walking Dead co było super przeżyciem, bo jestem fanem tego serialu oraz na show „Water world”, gdzie efekty specjalne przeszły moje oczekiwania.

 

Drugiego dnia zwiedziliśmy kilka punktów. Pierwszym był napis Hollywood na wzgórzach Beverly Hills. Warto sprawdzić przed podróżą tam, jakie są dobre punkty widokowe oraz jak daleko musicie zaparkować. Na samych wzgórzach parkowanie jest zabronione. Poza samym zdjęciem z napisem widoki dookoła są warte zobaczenia. Są to małe i duże domy, które znajdują się ułożone warstwowo na wzgórzach wśród ogrodów pełnych kwiatów. Następnie udaliśmy się na aleję Walk of Fame. Byłem szczerze zdziwiony tym co zastałem na miejscu. Sama idea pięknych gwiazd z nazwiskami celebrytów była całkiem dobra, ale otoczenie, które otacza tę aleję nie jest zachęcająca. Wzdłuż ulicy znajdują się różnego rodzaju sklepy, w których można kupić naprawdę wszystko. Dodatkowo co kilka kroków stoją naganiacze, którzy namawiają za wszelką cenę, aby skorzystać z ich wycieczki dookoła LA. Jest to męczące, bo nie da się spokojnie przejść i poczytać czyje nazwiska się tam znajdują.

 

Następnie udaliśmy się na najbogatszą ulicę w LA, Rodeo Drive. Sklepy tam wyglądają lepiej niż

niejeden dom polskiego celebryty. Przepych, złoto i błyskotki znajdowały się wszędzie. A na ulicach

piękne, drogie samochody, których na pewno nie zobaczy się w Polsce jeszcze przez wiele lat. Z

Rodeo Drive udaliśmy się na zachód słońca na Santa Monica Beach. Plaża jest ogromna i robi

wrażenie. Woda niestety była zimna, ale bardzo przyjemnie było posiedzieć na plaży i się

zrelaksować. Poszliśmy również na spacer po molo, które się tam znajduje. Co ludzie potrafią zrobić dla pieniądza jest niesamowite. Od sztuczek magicznych, które nie konieczni im wychodziły, po szalone tańce, które nie miały żadnego ładu i składu.

 

Kolejnego dnia udaliśmy się na wycieczkę do Parku Narodowego Sekwoi. Pomysł wyszedł dość

spontanicznie, ale była to bardzo dobra decyzja. Widoki były piękne. Strumyki, góry, skały oraz

sekwoje komponowały się idealnie. Wjechaliśmy na wysokość 2,5 tysiąca kilometrów. Temperatura

tam spadła drastycznie z 30 st. Celsjusza do 14 st. Ale było warto, aby zobaczyć widoki. Na zdjęciach nie jest widoczne jak potężne są te drzewa, ale uwierzcie na słowo, że są potężne.

 

To był nasz ostatni dzień w Los Angeles. Stamtąd udaliśmy się bezpośrednio do Nowego Jorku.

Pierwszego dnia udałem się z moją dziewczyną na spacer po dolnym odcinku Manhattanu.

Odwiedziliśmy Pomnik Ofiar Ataku na WTC. Ilość nazwisk, które się tam znajdują powodują

melancholię. Znajdują się tam również polskie nazwiska, z tego jedno jest studenta, który pojechał na program podobny do naszego. Następnie udaliśmy się nad brzeg rzeki Hudson, aby obejrzeć zachód słońca. Można tam spokojnie usiąść na ławce nad samym brzegiem i rozkoszować się widokiem. Po chwili odpoczynku poszliśmy do słynnego Byka z Wall Street. Ilość ludzi, którzy się ustawiają w kolejki do zdjęcia jest niesamowita. Drugi dzień spędziliśmy typowo na zakupach. Bardzo polecamy Centrum z outletami Jersey Garden. Ostatni nasz dzień w Nowym Jorku zwiedziliśmy Broadway, kilka małych parków w centrum Manhattanu oraz Central Park. Tam mieliśmy bardzo przyjemny spacer. Po zachodzie słońca przeszliśmy na Time Square. Ta część Manhattanu robi wrażenie tylko po zmroku. Pomimo, że słońca już nie ma, to jest tam jasno jak za dnia. 

Nie oszukujmy się, większość z nas jedzie tam do pracy, ponieważ sam wyjazd nie jest najtańszą rzeczą, ale nie zapominajmy, aby też poświęcić trochę czasu na Travel. W Stanach jest tak duża różnorodność, że każdy znajdzie coś dla siebie. A to co tam zobaczycie jest bezcenne i nikt wam tego nie odbierze. Także naprawdę polecam, aby Travel był również ważny jak Work, a może nawet ważniejszy ;)

 

 

 

Chcesz dowiedzieć się więcej o ofercie opisanej na blogu?

Sprawdź jej opis tutaj.

 

 

Please reload

Wyróżnione posty

Poznaj 7 powodów, dla których warto wyjechać do Azji na Work and Travel

February 20, 2020

1/10
Please reload

Ostatnie posty

January 31, 2020

Please reload

Archiwum