Niby USA, a życie jak w Madrycie.

December 4, 2017

Początki

                Zawsze dużo trzymało mnie w naszym pięknym kraju, sport, praca, uczelnia. Każdy moment był dokładnie zaplanowany i naprawdę trudno było mi sobie wyobrazić, że na 4 miesiące pojadę do USA, choć od zawsze tego chciałem. W październiku ubiegłego roku postanowiłem nie planować, a zdecydować! Podjąłem decyzję bez konkretnego planu, jak ja to wszystko pogodzę. To coś bardzo niespotykanego w moim przypadku, ale okazało się najwspanialszą przygodą w moim życiu.

 

Do USA postanowiliśmy jechać grupą 5 osób. Jako miejsce docelowe wybraliśmy małe Las Vegas, czyli Reno położone w stanie Nevada, 1,5 godziny drogi od Lake Tahoe.

Reno znane jest jako The biggest little City in the World. I rzeczywiście, mimo że to duże miasto panuje tu nadzwyczajny spokój i beztrosko płynie czas. A słońce przygrzewa codziennie dlatego nie ma sensu sprawdzać pogody, bo wiadomo, że będzie słonecznie co napawa optymizmem. 

 

Codzienność w Reno

                Pracowaliśmy wszyscy razem w Grand Sierra Resort na różnych pozycjach. Praca była lekka, a można było też spokojnie dostawać nadgodziny. Mieszkaliśmy w apartamencie w sporym ośrodku w 7 osób. Do dyspozycji mieliśmy basen oraz siłownie, z której korzystaliśmy niemal codziennie. Być może to był powód, że inaczej niż wszyscy przyjechałem ze Stanów o 2 kg lżejszy 😊 Pracę zaczynaliśmy po południu, ale nie jestem osobą, która lubi spać, dlatego wstawaliśmy stosunkowo wcześnie by coś ciekawego każdego dnia zrobić. Możliwości było bardzo dużo, małe jezioro Marina Lake, za którym było centrum handlowe z outletami, czy też Riverwalk gdzie można było się spokojnie relaksować. Naszym środkiem lokomocji od samego początku były rowery dzięki, którym przemieszczaliśmy się, gdzie tylko chcieliśmy, a to wzbudzało podziw w mało ruchliwym amerykańskim społeczeństwie. Dni upływały beztrosko, bo chyba tak działa to miasto na wszystkich.

 

Podróże małe i duże

                Mieliśmy niesamowite szczęście, bo spotykaliśmy na naszej drodze fantastycznych ludzi, dzięki którym zwiedziliśmy więcej niż mieliśmy w ogóle w planach! W szczególności zaprzyjaźniony Ksiądz Mietek. To właśnie z nim pojechaliśmy do Meksyku. Musieliśmy to zrobić w trakcie pracy, bo nie można wyjeżdżać za granicę USA po zakończeniu kontraktu.
Wycieczka trwała 3 dni, ale w tym czasie zwiedziliśmy Los Angeles, gdzie widzieliśmy Hollywood Bouv, Zachód słońca na Santa Monica i kąpaliśmy się po zmroku na plaży Venice Beach. W San Diego zwiedziliśmy lotniskowiec USS Midway i graliśmy w football na Mission Beach. W Meksyku zobaczyliśmy Ensenade z słynną La Bufadora. I poznaliśmy trochę meksykańskiej kultury wybierając się na koncert lokalnego zespołu. Nasza wycieczka objazdowa ograniczała się do zachodniego wybrzeża co wcale nie było ograniczające, ponieważ mogliśmy więcej czasu spędzić w różnych miejscach, by zobaczyć po prostu więcej. Na uwagę szczególną zasługuje Kanion Antylopy, którego fantastyczne ściany wywarły ogromne wrażenie na nas co zaowocowało setkami zdjęć, mimo że przejście przez kanion trwa nie całą godzinę.

 
Kolejnym punktem, który stał się dla nas naszym miejscem na ziemi była Yosemity Valley.
Spędziliśmy tam 2 dni podziwiając niesamowity zachód słońca na Taft Point oraz wschód słońca, dla którego warto było wstać koło 5 rano na Glacier point. 

 
Los Angeles miasto aniołów również zasługuje na miano naszego miejsca na ziemi. Wiele osób nie poleca LA, co w moim przekonaniu nie ma podstaw. Dlaczego… Odpowiedz jest prosta plaża, palmy i odpoczynek 3 dni jakie spędziliśmy w LA należały do bardzo udanych. Miały one być podyktowane odpoczynkowi, ale było inaczej. Udaliśmy się do Universal Studio, gdzie wracając do swojego dzieciństwa bawiliśmy się jak za młodu (nie żebyśmy teraz byli staruchami). Odwiedziliśmy również Park rozrywki SixFlags, gdzie ponownie pojawiły się w nas dziecinne ciągotki (jak to zrozumiecie to już wasza sprawa 😊)

 

 

Przyjaźnie w USA

Począwszy od ludzi z innych krajów na programie W&T, po amerykanów przypadkowo poznanych, każda z tych przyjaźni jest inna i wnosi coś nowego do naszego życia. 
Primo, rdzenny Indianin walczący niegdyś w Afganistanie zabrał nas swoim pickupem na wycieczkę po rezerwacie Indian, mogliśmy dotknąć gorących źródeł pod piramidą na Piramid Lake. Primo również uświadomił nas, że życie zaczyna się w momencie, gdy czujesz, że żyjesz i zachęcał nas do robienia rzeczy które się do tego przyczynią, które poszerzają naszą strefę komfortu.

 
Klaus, zaprosił moją dziewczynę i mnie do swojego domu w jednej z bogatszych dzielnic w San Francisco, gdzie przeprowadził się do swojego byłego rodzinnego domu. To właśnie z nim i z jego przezabawną rodziną mieliśmy okazję pójść na mecz NFL pomiędzy SF 49’s vs Carolina Panthers. 

 
Joe z kolei okazał się świetnym kompanem do imprezowania, ale również z uwagi na jego uzdolnienia muzyczne mieliśmy okazję niemal co tydzień jeździć do Lake Tahoe, gdzie przygrywał ludziom do kotleta, albo bardziej stejka. Nas zostawiał na różnych plażach, gdzie podziwialiśmy te majestatyczne miejsce. 

 
Gdyby wyjazd do USA miałby być ograniczony tylko do poznania tych ludzi i tak zdecydowałbym się na to bez namysłu, bo wspomnienia z tymi właśnie ludźmi to najcenniejsze, co dała nam amerykańska ziemia.  

 

 

Zakończenie… na pewno nie, to dopiero początek!

                Wyjazd do USA i sielankowe życie przez 4 miesiące było czymś czego nie zapomnimy do końca życia. Dał nam więcej niż się spodziewaliśmy, ale to dopiero początek, bo do Stanów Zjednoczonych na pewno wrócimy. Warto sobie uświadomić po takiej podróży, że w obecnych czasach wszystko jest dostępne, jedyne co należy zrobić to po prostu zdecydować.

 

 

Chcesz dowiedzieć się więcej o ofercie opisanej na blogu?Sprawdź jej opis tutaj.

 

 

 

 

Please reload

Wyróżnione posty

Poznaj 7 powodów, dla których warto wyjechać do Azji na Work and Travel

February 20, 2020

1/10
Please reload

Ostatnie posty

January 31, 2020

Please reload

Archiwum