Małe Reno z wielkimi wspomnieniami

January 11, 2018

Rok 2017 był bez wątpienia najlepszym w moim życiu…

Od zawsze marzyłam, żeby polecieć do Stanów, poznać nową kulturę, ludzi i oczywiście przepiękne miejsca znane przedtem tylko z ekranu :D

Aplikując na Work&travel nie do końca wierzyłam, że za kilka miesięcy będę po drugiej stronie globu. Dotarło to do mnie gdy samolot wylądował w San Francisco i już nikt nie mógł mi tego zabrać. Do Stanów postanowiliśmy się wybrać w 5-osobowym składzie, lecz na miejscu poznaliśmy jeszcze dwójkę Polaków, z którymi później zamieszkaliśmy i spędzaliśmy wspólnie czas.

 

Po przylocie do kraju jankesów zwiedziliśmy San Francisco potem Sacramento by w następny dzień udać się do naszego docelowego miejsca jakim było nieduże Reno. Sporą część miasta zajmują oczywiście hotele i kasyna bo z tego jest znane ale oddalając się od downtown krajobraz zmieniał się na nieco wiejski z dzielnicami z parterowymi domkami czy małymi sklepikami.

W Reno działa komunikacja miejska lecz my postawiliśmy na rowery. Wszyscy jesteśmy bardziej lub mniej związani ze sportem dlatego wybraliśmy przyjemniejszy sposób dojazdu do pracy.

 

Pracowałam w jednym z największych kasyn w Reno - Grand Sierra Resort and Cassino. Początkowo miałam pracować jako serverka jednak po przylocie okazało się, że niestety nie potrzebują serverek w departamencie do którego zostałam zatrudniona. Byłam zdziwiona, poirytowana i zestresowana co w takim wypadku będę robić. Menedzer mojej restauracji zatrudnił mnie jako hostessę/kasjerkę, lecz ze stanowiska tipowanego przejść na hostessę? Ciężko było mi się z tym pogodzić do momentu gdy poznałam moich kelnerów i koleżanki, które pracowały na tym samym stanowisku co ja. Jako jedyna z mojej paczki miałam zmiany poranne, więc początkowo chciałam zmienić stanowisko – może na takie z napiwkami, albo na inna zmiane by więcej czasu spedzac ze znajomymi. Jednak im dłużej pracowałam w Grand Cafe tym dalej byłam od tej decyzji.

Praca była lekka i całkiem przyjemna, można było spotkać ludzi z całego świata a od czasu do czasu nawet Polaków, którzy na co dzień mieszkają w stanach.

Jeśli już o Polakach mowa musze wspomnieć o zaprzyjaźnionym Księdzu Mietku. Osoba z ogromnym serduchem, na której zawsze mogliśmy polegać i gdy mieliśmy jakiś problem czy wątpliwości mogliśmy liczyć na jego pomoc. Był z nami od samego początku, dzięki niemu zwiedziliśmy jeszcze więcej niż zakładaliśmy, dodatkowo mogliśmy zobaczyć jak wygląda typowa meksykańska quinceanera, czyli hucznie obchodzone 15 urodziny meksykańskiej nastolatki.

 

Bardzo bardzo zachęcam do nieplanowanych wypadów, bo właśnie wtedy można przeżyć i zapamiętać do końca życia coś niepowtarzalnego. Własnie przez spontaniczny wyjazd nad jezioro leżące na terenie rezerwatu Indian zwane Pyramid Lake poznaliśmy Prima. Kolejnego z wielu świetnych ludzi, których spotkaliśmy w USA. Później nasze dni wolne spędzaliśmy na wycieczkach, które nam organizował. Weteran wojenny, który spędził 12 lat na misji okazał się przemiłym otwartym i bardzo pomocnym człowiekiem z którym do tej pory utrzymujemy kontakt.

Poprzez przyjaźń z Primo, Pyramid lake było naszym ulubionym miejscem na wypady podczas pracy :D

W sierpniu mając w tygodniu dwa dni wolnego poprosiliśmy o dodatkowe dwa dni po to by móc spróbować prawdziwej teqiulli w Meksyku :D Pojechaliśmy samochodem, robiąc przystanki w Los Angeles i San Diego.

Po ciężkim powrocie do pracy, czas upływał jeszcze szybciej, odliczałam dni do jej zakończenia jednocześnie częściej spotykając się z moimi kelnerami z pracy.

Wycieczkę rozpoczęliśmy od Parku narodowego Yosemite, niepowtarzalne pejzaże i zachód słońca na Taft Poincie, na który przychodziła masa turystów był idealnym widokiem na zakończenie pierwszego dnia podróży.

Pomiędzy zaplanowanymi wcześniej miejscami nie zabrakło czasu oczywiście na kolejny spontaniczny punkt na naszej trasie. Valley of fire state park – największy i najstarszy park stanowy w Nevadzie, który był najpiękniejszym miejscem jakie widziałam… 

Będąc w Los Angeles koniecznie trzeba zobaczyć Venice Beach – palmy, przepiekne plaże, idealnie zbudowani ratownicy :D czy skate’rzy… Żyć nie umierać!

W ciągu dwóch tygodni odwiedziliśmy cztery zachodnie stany: Nevada, Kalifornia, Utah i Arizona. Czymś niezwykłym było zobaczyć na własne oczy Grand Canyon, napis Hollywood na wzgórzu w LA, The Golden Gate Bridge w San Francisco czy Lotniskowiec w San Diego. Miejsca, o których marzyliśmy żeby je zobaczyć, ale oprócz niepowtarzalnych krajobrazów również wartościowe okazaly się znajomości z ludźmi, których spotkaliśmy mieszkając w USA cztery miesiące. Ludźmi, o których nigdy nie zapomnę i  za którymi teraz bardzo tęsknie.

 

Chciałabym Wam opowiedzieć dużo więcej ale czasami trzeba to przeżyć na własnej skórze by zobaczyć jak wystarczy niewiele do tego by kilkanaście tygodni w roku sprawiły, że będziesz mówić o najlepszym roku w życiu!

 

Nie zawsze się układało tak jak byśmy tego chcieli. Przed wylotem mieliśmy duży problem ale chłopaki z IECenter stanęli na wysokości zadania i dzięki nim spędziliśmy najpiękniejsze i niezapomniane chwile za co im ogromnie dziękuje!!!

 

Chcesz dowiedzieć się więcej o ofercie opisanej na blogu?

Sprawdź jej opis tutaj.

Please reload

Wyróżnione posty

Poznaj 7 powodów, dla których warto wyjechać do Azji na Work and Travel

February 20, 2020

1/10
Please reload

Ostatnie posty

January 31, 2020

Please reload

Archiwum