Mój doczekany Work&Travel!

February 22, 2018

Na Program Work&Travel zamierzałam jechać od 1. roku studiów, jednak po drodze zawsze cos się działo, że musiałam odkładać ten wyjazd na później. A to studia, praca, obrona, Erasmus, aż przyszedł ostatni rok i w końcu zdecydowałam: JADĘ!

            Na samym początku miałam obawy, ponieważ nie znalazłam nikogo z kim mogłabym jechać.  Jednak moje wątpliwości rozwiały opinie innych uczestników programu oraz rozmowa z biurem IECenter i postanowiłam, że pojadę sama. Nie było problemu z poznaniem innych osób, ponieważ jeszcze przed wyjazdem nawiązałam kontakty przez facebooka, a później na rozmowie w konsulacie oraz na lotnisku.

            Co do wyboru pracy- hmm to była prawdziwa rozkmina! Najpierw miałam jechać do Colorado… Później wdarł się pomysł pracy w Mohegan Sun… Po długich namysłach wybór padł na OBX, a dokładnie na Kill Devil Hills.

Pracowałam tam w sklepie z pamiątkami, ubraniami, akcesoriami plażowymi, a nawet… KRABAMI. Praca polegała głównie na obsłudze kasy fiskalnej, pomocy klientom, układaniu i wykładaniu towaru na półki, drukowaniu nadruków na koszulki, a także pomocy w wyborze krabów dla klientów :D Pracę tą wspominam bardzo dobrze, ponieważ zajmowałam się głównie obsługą klienta oraz kasą fiskalną, dzięki temu cały czas miałam kontakt z językiem angielskim i z ludźmi. Poza tym managerki były bardzo wyrozumiałe i pomocne. Dodatkowym atutem było to, że poza mną pracowali tam inny studenci, którzy przyjechali na Program Work&Travel z Rumunii, Tajlandii, Turcji, Słowacji i Ukrainy.

Drugą pracę znalazłam sama będąc już na miejscu, a była to praca w małym barze/pubie jako hostessa/busserka. Pracowali tam sami Amerykanie, co było dużym plusem, ponieważ rozmawiałam cały czas po angielsku. Szefostwo i ekipa była wyluzowana, miła i wyrozumiała, traktowali mnie jako „swoją” osobę.

Mogę śmiało przyznać, że pracowałam ciężko- po 12/13h dziennie, mając jeden dzień w tygodniu wolny (w pierwszej pracy miałam ustalone 40h, a w drugiej 30-36h), jednak sama wybrałam tak intensywny tryb pracy, ponieważ chciałam zrealizować wszystkie ustalone wcześniej cele.

Oczywiście pobyt w OBX nie polegał tylko na pracy :D Poza pracą można było chodzić na piękną plażę, opalać się, spróbować różnych sportów wodnych np. surfingu, pedal boardingu, podziwiać zachody i wschody słońca, odwiedzić pomnik braci Wright, który symbolizuje pierwszy lot samolotem. Miałam możliwość obycia wycieczki lotniczej, podziwiając z góry piękne krajobrazy OBX.

Dzięki temu, że miejscowości w OBX leżą blisko siebie, nie było problemu z integracją z innymi uczestnikami Work&Travel zarówno z Polski, jak i innych krajów, z którymi organizowaliśmy domówki, chodziliśmy na plażę czy jeździliśmy na imprezy do miejscowego pubu.

 

Krótko mówiąc- mój czas w OBX, czyli część „Work” był zapełniony po brzegi- z jednej strony pracą, a z drugiej strony spotkaniami ze znajomymi.

            Po 3,5 miesiącach pracy w Kill Devil Hills przyszedł czas na PODRÓŻE! Ciężko było mi opuszczać OBX, ponieważ strasznie związałam się z tym miejscem, klimatem i z ludźmi, jednak nie mogłam się doczekać drugiej części programu.

Moja część „Travel” trwała ponad miesiąc. Jeszcze w trakcie pracy ze znajomymi wynajęliśmy samochód i pojechaliśmy na jednodniową wycieczkę do Waszyngtonu.

Swojego tripa zaczęłam od 8-dniowego cruise’a na Zachodnie Karaiby jednym z najnowocześniejszych statków wycieczkowych na świecie- Harmony of the Seas. Cruise był wspaniałą wycieczką, zwiedziliśmy Haiti, Jamajkę i Meksyk. Spędzaliśmy czas na statku, na którym można było opalać się do woli przy basenie popijając drinka, korzystać z jacuzzi, a także z wielu innych atrakcji takich jak: lodowisko, zjeżdżalnie wodne, teatr, casino, symulatory surfingu, ścianki wspinaczkowej, boiska do koszykówki, aquateatru, a także odpoczywać na świeżym powietrzu wśród tropikalnej roślinności. Po dotarciu do portów na Haiti i Jamajce, spędzaliśmy czas na tamtejszych plażach, a w Meksyku zwiedzaliśmy jaskinie (cenoty), w których znajdowały się różnorodne formacje skalne: stalaktyty i stalagmity.

Po cruise’a zostaliśmy na parę dni w Miami, a następnie poleciałam na zachodnie wybrzeże do San Diego, gdzie spotkałam się z koleżanką, z którą umawiałam się na wspólne zwiedzanie jeszcze przed Work&Travel. Z San Diego pojechałyśmy autobusem Greyhoundem do Los Angeles, a następnie do San Francisco. Tam spotkałyśmy się z dwoma innymi koleżankami.

 W San Francisco wynajęłyśmy samochód i zaczęłyśmy swojego 9-dniowego tripa autem! Było to super przeżycie, zwiedzać USA samochodem, zatrzymując się i spędzając tyle czasu w danym miejscu ile chciałyśmy. Z San Francisco ruszyłyśmy do Parku Narodowego Yosemite, gdzie spałyśmy na campingu. Cały sprzęt na camping kupiłyśmy tanio od Polaków, którzy kończyli swoją podróż w Los Angeles i chcieli za drobne oddać cały ekwipunek.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z Parku Narodowego Yosemite dotarłyśmy do Parku Narodowego Sekwoi, a następnie ruszyłyśmy do zwariowanego Las Vegas! Spędziłyśmy tam dwie noce, a na trzeci dzień pojechałyśmy do Parku Narodowego Zion. Zapowiadała się dobra wyprawa po całym weekendzie spędzonym w Las Vegas :D Zdecydowałyśmy się na jeden z najbardziej niebezpiecznych szlaków w Zion- Angels Landing, gdzie w górnych partiach trzeba wspinać się trzymając się łańcuchów, a na szczycie po dwóch stronach rozpościera się przepaść. Początkowo szlak wydawał się szeroki i bezpieczny, jednak im wyższej tym bardziej odczuwałam dyskomfort, ze względu na lęk wysokości, więc zdecydowałam się zejść i ruszyć innym, bezpieczniejszym szlakiem.

 

 

Z Parku Narodowego Zion pojechałyśmy do Page- miejscowości, która leży blisko Kanionu Antylope. Zwiedziłyśmy tam dolną część Kanionu Antylope, Powell Lake, Horseshoe Bend, Zaporę Hoovera i Monument Valley. Z Kanionu Antylope pojechałyśmy do Parku Narodowego Wielkiego Kanionu, gdzie widoki zapierały dech w piersiach!

Następnie z Grand Canyon pojechałyśmy słynną Route 66 do Los Angeles. Na miejsce dotarłyśmy o 5 rano, gdzie podziwiałyśmy piękny wschód słońca na plaży w Malibu.

 

W Los Angeles ponownie spędziłyśmy dwa dni i tutaj zakończyła się nasza podróż we 4.

            Kolejną część tripa znowu podróżowałyśmy we dwie z koleżanką udając się do Chicago, gdzie spędziłyśmy 3 dni, a na samym końcu poleciałyśmy do Nowego Jorku, gdzie przebywałyśmy całe 8 dni!

            Z całej podróży najlepszą dla mnie atrakcją był park rozrywki Universal Studios w Los Angeles, gdzie spełniłam swoje marzenie i naprawdę czułam się jakbym umiała latać! Jest to miejsce nie tylko dla dzieci, ale również dla dorosłych. Spędziłyśmy tam 8h, a to definitywnie i tak za mało, ponieważ w kolejkach do każdej atrakcji czeka się po 30-40 min. Po wyjściu z każdej karuzeli dosłownie płakałyśmy ze śmiechu i podekscytowania, dosłownie jak małe dzieci :D

Drugą atrakcją, która stanowiła dla mnie wyzwanie, ze względu na lęk wysokości, było wejście na szklany balkon na wysokości 103 piętra w Willis Tower w Chicago.

           

Ze wszystkim miast, które zwiedziłam w USA najbardziej podobał mi się Nowy Jork na wschodzie i San Diego na zachodzie. Nowy Jork jest cudownym miastem, zwiedziłyśmy najwięcej ile się dało robiąc w między czasie zakupy :D Byłyśmy na musicalu „Upiór w operze” na Broadwayu, na Times Square, chodziłyśmy wiele razy słynną ulicą w centrum finansowym- Wall Street. Obowiązkowym miejscem był Most Brooklyński, Dumbo, Statua Wolności, pomnik One World Trade Center. Podziwiałyśmy widoki Nowego Jorku za dnia, podczas zachodu słońca oraz nocą ze szczytu Rockefeller Center. Byłyśmy na spacerze w Central Parku, zwiedzałyśmy dzielnicę żydowską Williamsburg, gdzie spotkałyśmy wiele Polaków oraz polskie sklepy. Obowiązkowym punktem była również dzielnica Chinatown oraz Little Italy. Podziwiałyśmy Manhattan nocą oraz Brooklyn za dnia.

Z kolei w San Diego podziwiałyśmy piękną plaże La Jolla, Pacific Beach, byłyśmy na lotniskowcu amerykańskim USS Midway, we włoskiej dzielnicy oraz jadłyśmy słynne tacos. San Diego jest dla mnie jednym z najładniejszych i najbardziej zadbanych miast w USA! I są tam najpiękniejsze zachody słońca jakie do tej pory widziałam.

            Program Work&Travel był dla mnie niesamowitym przeżyciem. Mimo to, że czas „Worka” był ciężką pracą to dał mi możliwość sprawdzenia siebie w nowym otoczeniu, zrealizowania celów i marzeń, naukę języka angielskiego, zawarcia przyjaźni, spędzenia świetnych wakacji, a także rozwój osobisty. Dlatego polecam to każdemu, kto ma chęć przeżycia przygody życia, którą ciężko opowiedzieć słowami- trzeba to po prostu przeżyć.

 

Chcesz dowiedzieć się więcej o ofercie opisanej na blogu?

Sprawdź jej opis tutaj.

 

Please reload

Wyróżnione posty

Poznaj 7 powodów, dla których warto wyjechać do Azji na Work and Travel

February 20, 2020

1/10
Please reload

Ostatnie posty

January 31, 2020

Please reload

Archiwum