Wakacje w USA dały mi więcej niż sobie marzyłem

February 27, 2018

Ktoś kiedyś powiedział, że dalekie podróże mają to do siebie, że przywozi się zupełnie, co innego niż to, po co się pojechało. Ja pojechałem po wspaniałe wspomnienia, i to przywiozłem, ale nie tylko to. Jest coś jeszcze, czego się nie spodziewałem.

 Ale może zacznę od początku. Może nie będę, oryginalny jak napiszę, że Stany Zjednoczone były od zawsze w moich myślach i planach, ale szczerze mówiąc nigdy nie myślałem o programi Work and Travel na poważnie. Już tu chciałbym, zaznaczyć że to był błąd, ponieważ pierwszy raz wyjechałem na 4 roku studiów. Zdecydowanie za późno. Wróćmy do początku.

Na końcu maja 2017 roku przeglądając Facebooka pojawiła mi się reklama firmy IECenter i propozycja wyjazdu do USA na Work and Travel. To był impuls jak wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do biura, aby się wszystkiego dowiedzieć. Po paru minutach wiedziałem mniej więcej wszystko, co chciałem. Następny krok to telefon do znajomych i po 4 dniach już wiedzieliśmy, że wakacje 2017 spędzamy w USA, a dokładniej w Duck w NC (OBX).

 Został nam miesiąc do wyjazdu a my mieliśmy jeszcze do zaliczenia sesje, wypełnienia wszystkich dokumentów związanych z programem, wypełnienia wniosków wizowych i spotkanie się z konsulem w sprawie wiz i oczywiście zakup biletów. Zazwyczaj trwa to mniej więcej parę miesięcy a my mieliśmy na to nie cały miesiąc.

Ale dzięki profesjonalnej podejściu pracowników IECenter dopięliśmy wszystko na ostatni guzik i dokładnie 25 czerwca wylecieliśmy z Polski, aby po 11 godzinach lotu wylądować na Amerykańskiej ziemi. Jeszcze jeden krok dzielił nas od przekroczenia granicy Amerykańskiej. Rozmowa z urzędnikiem celnym na lotnisku, który miał decydujące słowo o wpuszczeniu nas do USA. Powiem wam coś, to była pro forma. I przekroczyliśmy granice ze stanami. Wylądowaliśmy w Nowym Jorku. Olbrzymie i przepiękne miasto, ale w ten dzień nie mieliśmy czasu, aby go zwiedzać. Szybko dotarliśmy do centrum Manhattanu, w którym oczywiście zjedliśmy pierwszego amerykańskiego hot doga (nie polecam, bo kosztował 10 dolarów) i wsiadaliśmy w autokar do Norfolk, z którego to Ania, z IECenter dowiozła nas na miejsce, gdzie pracowaliśmy przez 3 miesiące. I tu zaczyna się zabawa…       

 Nie będę ściemniał i pisał, że, jak podjechaliśmy pod dom, w którym mieliśmy mieszkać przez ponad 3 miesiące to zobaczyłem olbrzymi pałac ze złotymi klamkami. Było wręcz odwrotnie. Okej, żeby nie było że było tak źle, dom bym duży, ale mieszkało w nim 18 osób, a ja, jako że mieszkam sam trochę się przestraszyłem. Ale jak się później okazało, im więcej osób tym zabawniej, zawsze było można z kimś pogadać i zawsze było wesoło. Ludzie, których poznałem okazali się wspaniali, z którymi utrzymuje kontakt do dzisiaj. Wieczorem przyjechał nasz szef i wyznaczył nam grafik na tydzień. Dodam ze grafik był zawsze ustalany z tygodnia na tydzień.         

 Kolejnym etapem w Work and Travel jest oczywiście pierwszy etap wiec Work. Jak to wygląda? Hmmm ciężko powiedzieć? Praca jak praca, ale atmosfera, która panowała w pracy była nie do opisania. Byłbym zapomniał, jedyny minus to była temperatura w kuchni, która wynosiła około 50 stopni. Na kuchni pracowało około 30 wiec było zabawnie, ale do temperatury, która wynosiła około 50 stopni cały czas, przyzwyczajałem się około 2 tygodni. W pracy bardzo dużo się nauczyłem. Po pierwsze i najważniejsze, JĘZYK i jeszcze raz JĘZYK. Najlepsza szkoła jezykowa na jakiej byłem i to zaznaczmy ze nie tylko angielski. Razem ze mną pracowały osoby z Rosji, Ukrainy, Uzbekistanu, Jamajki, Dominikany, Kuby, Mołdawii, Bośni itp. Wiadomo każdy porozumiewał się po angielsku, ale również liznąłem trochę Rosyjskiego i Hiszpańskiego. Następnie poznałem wiele kultur, każda ma w sobie coś innego i każda jest niezwykła.

 Ale oczywiście najbardziej poznałem kulturę amerykańską, która mi się bardzo spodobała. Wszyscy są mili, zadowoleni, nie narzekają itp. Może to było trochę sztuczne, ale i tak było miło, jak każdego dnia się ludzie pytają, co słychać i że cieszą się ze ciebie widzą. W pracy z racji tego ze pracowało na kuchni 30 osób drugie tle to kelnerzy to nie dało się nudzić. Wiadomo jak była praca, bo nie mówię ze zawsze był luz i tak kolorowo, to była praca, ale jak była chwila luzu to od razy gadki, wygłupy itp. A po pracy czy przed pracą w zależności od tego, jak był ustalony grafik, plaża, basen, zakupy itp. A wieczorem prawie zawsze wszyscy spotykaliśmy się w salonie i wspólnie rozmawialiśmy o tym jak minął dzień, bardziej się poznawaliśmy i wymienialiśmy ciekawymi historiami, które nam się przydarzyły w dany dzień. Po dwóch tygodniach, gdy poznaliśmy już wszystkich, nowi przyjaciele z ameryki zabrali mnie i moich dwóch kolegów, z którymi przyjechałem do Virgini do parku rozrywki Bush Garden. Było mnóstwo frajdy i dużo adrenaliny. Jest to bowiem jeden z większych parków rozrywki na wschodnim wybrzeżu. Mimo słabej pogody świetnie się bawiliśmy, nawet zaryzykuje stwierdzenie ze lepiej niż jak by świeciło słońce. Taka pogoda dała nam okazję na przetestowanie każdej atrakcji i kolejki górskiej, Z uwagi na brak kolejek, do wejścia. Przy słonecznej pogodzie czeka się około 1, 5 h na jedną atrakcję tak jak to miało miejsce w Disneylandzie w Los Angeles, ale o tym to dalej. I tak miały tygodnie, aż do dnia, w którym poznałem dziewczyną, z którą połączyło mnie coś więcej niż zwykłą przyjaźń. I wtedy zacząłem swój American Dream…

 Dziewczyna, która pokazała mi swój kraj ma na imię Tori. To, dzięki niej zobaczyłem więcej niż mogłem sobie wyobrazić. Dzięki niej mój język z poziomu A1 w parę tygodni podskoczył do B1 a może w okolice B2. Ona pokazała mi Amerykę od środka. Jak wygląda prawdzie życie w USA, na co dzień? I wtedy zacząłem żyć po amerykańsku. Tak wiec trochę powiem o amerykańskim jedzeniu. Po pierwsze chciałbym zaznaczyć i zauważyć pewną, różnice pomiędzy USA a Polską. W Ameryce ludzie raczej nie gotują, po prostu im się to nie opłaca, a przynajmniej tak twierdzą. Tak więc, jak miałem na drugą zmianę to zawsze rano Tori zabierała mnie na śniadanie do pobliskich knajp. Raz byliśmy na zwyczajnym śniadaniu gdzie wziąłem omlet itp., raz meksykańskie, raz naleśniki i śniadanie francuskie następnym razem jakaś budka z kanapkami. I powiem wam jedno. Są dwie rzeczy, które wyróżnia te wszystkie miejsca, w których byłem. Jest prze smacznie i tłusto. Amerykanie maja manie wielkości, wszystko musi być wielkie i tłuste, wtedy będzie smacznie. I nie przeczę, ze jest smacznie, ale czy zdrowo? To już sami sobie na to odpowiedzcie. Jak miałem na rano to chodziliśmy na kolacje. Kolacje były takie same jak śniadania: Dużo, smacznie i tłusto…. Jedyne, co mi nie smakowało to desery. Desery były strasznie słodkie. Dla mnie za słodkie. Ale amerykanie lubią wszystko słodkie, a najdziwniejszy deser, który widziałem jak moja wybranka sobie zachwala i daje mi spróbować, a ja omal nie wymiotuje na samą myśl, to była fanta z bitą śmietaną i polana sosem czekoladowym i to wszystko zmieszane czy jak kto woli. Tego nie spróbowałem. Oprócz doznań kulinarnych, na które mogłem liczyć od moje amerykańskiej żony, serwowała mi ona również inne doznania i nowe doświadczenia. Zwiedzaliśmy okoliczne miejscowości, miałem okazje zobaczyć dzikie konie biegające po plaży w pobliskiej miejscowości, która z tego słynie. Wylegiwaliśmy się na plaży jak nie chciało nam się nigdzie ruszać, wieczorne romantyczne spacery po plaży w świetle księżyca z butelka wina pod pachą. A jednego razu był deszcz meteorytów (shooting stars), który mogliśmy podziwiać. Aby dokładnie opisać każdy dzień to bym musiał napisać książkę. Tak wiec może przejdę już do drugiego etapu programu a wiec travel….

 Travel tak jak całe Work and Travel okazało się spontaniczne, ze nawet nie wiem jak się udało. Mieliśmy tyle różnych wersji. Najpierw chcieliśmy lecieć oczywiście na zachód do LA, Vegas itp. Następnie ja zmieniłem plany i chciałem z Tori lecieć razem do Miami z racji tego, że ona tam studiowała i chciała spotkać się ze znajomymi i pokazać mi Florydę. Ale w trakcie pobytu w USA przez Miami przeszedł wielki huragan, który zdemolował pół Florydy. Tak wiec zdecydowaliśmy się na zachód. Wszystko szybko załatwiliśmy i zanim się obejrzałem byliśmy już w Waszyngtonie. Lot zarezerwowaliśmy sobie na wieczór, aby móc zwiedzić stolicę Stanów Zjednoczonych. Oczywiście za dużo czasu nie było wiec obeszliśmy miejsca, które obowiązkowo trzeba było zobaczyć. Biały dom, pomnik II wojny światowej, pomnik Waszyngtona, Kapitol i oczywiście Pana prezydenta siedzącego na tronie.

 Po dniu pełnym wrażeń wyruszyliśmy na lotnisko, aby udać się na wymarzone wakacje do Los Angeles. Po siedmiu godzinach lotu wylądowaliśmy w LAX. Pod lotniskiem czekał na nas już wypożyczony samochód, który zarezerwowaliśmy wcześniej. Dotarliśmy do apartamentu około 1 w nocy. Mieszkaliśmy w samym centrum Los Angeles. Widoki z okna zapierały dech w piersiach. Pierwszy dzień był dniem bardziej organizacyjnym. Ustaliliśmy, co chcemy zobaczyć i pierwszego dnia pojechaliśmy do Hollywood. Oczywiście obowiązkowy spacer po alei gwiazd, zdjęcie z napisem Hollywood i cały dzień w centrum. Zakupy, obiad itp. W następny dzień pojechaliśmy na Santa Monica i Venice Beach. Szczerze mówiąc nie widziałem piękniejszej plaży i okolicy. Kolejne dni zwiedzaliśmy całe Los Angeles. Jeden cały dzień spędziliśmy w Disneyland w LA. Jest to miejsce magiczne i pozwala cofnąć się do czasów dzieciństwa. Ja czułem się jak książę ze swoją księżniczką przy boku.

 I w końcu dotarliśmy do Las Vegas, które jest oddalone około 4 godzin jazdy samochodem od LA. Już wiem, dlaczego jest nazywane miastem grzechu. I rozumiem powiedzenie, co się dzieje w Vegas zostaje w Vegas. Szczerze powiedziawszy była to najlepsza noc w moim życia (oczywiście też najdroższa). Aby jeszcze bardziej się poczuć jak gwiazda filmu postanowiliśmy zatrzymać się w Ceasars Palace. Dokładnie ten sam, w którym swoje przygody rozgrywają przyjaciele z filmu Kac Vegas. W Vegas miałem okazję zjeść najlepsze sushi, jakie jadłem w życiu w jednej z najlepszych restauracji w całych stanach Zjednoczonych. Na pewno tam wrócę. Co jeszcze o Vegas? Kasyna, kasyna, kasyna i kasyna. Nawet w McDonald znajduje się maszyna, do gier! Po Vegas wróciliśmy do LA, aby dwa dni później spakować się i pożegnać się z zachodnim wybrzeżem.

 Po powrocie do Waszyngtonu razem z Kolegami miałem lecieć na 6 dni do Nowego Jorku, ale dostałem niesamowita propozycję z której nie mogłem zrezygnować. Tori zaproponowała mi abym z nią pojechał do jej rodzinnego miasteczka w Pensylwanii i abym poznał jej rodzinę.

Tak więc znowu zmieniłem plany i z Waszyngtonu wyruszyłem w podróż do wschodniej Pensylwanii do miasteczka Dallastown. Szczerze mówiąc byłem lekko poddenerwowany, bo nie spodziewałem się ze to zajedzie tak daleko. Ja miałem jechać i poznać ojca swojej amerykańskiej dziewczyny i ich dziadków (mama mieszka niestety w teksasie i poznałem ją w innym czasie). Jakaś masakra. Ale wziąłem to na klatę kupiłem drobne upominki, bo nie wypada z pustymi rękoma i udało się przez to przejść. Szczerze mówiąc nie liczyłem na gorące przywitanie. A przyjęli mnie wszyscy jakbym, należałem do rodziny. Ojciec Tori zabrał mnie na pokera z kumplami, abym mógł zobaczył, co starsi amerykanie robią w wolnym czasie. A dziadkowie zabrali na Bingo. Oczywiście spędziłem 5 cudownych dni z prawdziwa amerykańska rodziną i jeszcze bardziej zakochałem się w amerykańskiej kulturze i ich zwyczajach. Po piecu dniach nadszedł czas pożegnania… Ale mam nadzieje ze za parę miesięcy ich wszystkich znowu zobaczę wiec już smutek mi przeszedł.

 

Podsumowując. Wakacje w USA dały mi więcej niż sobie marzyłem. Wróciłem do Polski z pięknymi wspomnieniami i nową perspektywą na przeszłość. Tak więc sami odpowiedzcie sobie na pytanie czy polecam Work and Travel.

Please reload

Wyróżnione posty

Poznaj 7 powodów, dla których warto wyjechać do Azji na Work and Travel

February 20, 2020

1/10
Please reload

Ostatnie posty

January 31, 2020

Please reload

Archiwum