It’s travel o’clock!

Pomysł na podróż dookoła świata był w mojej głowie chyba od zawsze ;) ale pasja do podróży rozwinęła się dopiero podczas studiów. Trafiłam wtedy do zespołu tańca ludowego, z którym zwiedziłam ogromną część Europy i udało się nawet zahaczyć o Azję.

Myśl o podróży do Stanów pojawiła się już z 3 – 4 lata temu, ale nigdy nie starczyło mi odwagi żeby dokończyć proces rejestracji. Wydawało się to takie odległe i nie do zrealizowania. Wiadomo, każdy mówi, że chciałby zobaczyć Nowy Jork i całe to słynne z filmów USA! Ale jak to wyjechać, pracować z Amerykanami.. przecież się nie dogadam! Przecież to takie drogie!

Ale chęć wyjazdu ostatecznie zwyciężyła. Pieniądze odłożone, decyzja podjęta.. chociaż też nie do końca, bo tu z kolei następny problem, GDZIE najlepiej pojechać? Ale skąd człowiek ma wiedzieć takie rzeczy skoro nigdy tam nie był? Pyta ludzi, każdy mówi coś innego. Zadzwoniłam wtedy do biura IECenter. W zasadzie chciałam dowiedzieć się szczegółów, zebrać informacje jak wyglądają formalności. A skończyło się na tym, że ostatecznie zdecydowałam się na wyjazd i już wybrałam ofertę, gdzie pojadę.

Wybór padł na Mohegan Sun, kasyno w stanie Connecticut. Obiecująca lokalizacja, około 3 godzin jazdy od Nowego Jorku, 2 od Bostonu, niedaleko ocean. Do tego to praca w kasynie, a pracodawca daje Ci 8$ do wydania w pracowniczej stołówce (kupowanie jedzenia z głowy ;)) Nic tylko się pakować i jechać ;)

Znajomi, rodzina zaskoczeni, ale jak to? Jedziesz naprawdę? A z kim? I jak to sama?! Tak, zdecydowałam się pojechać sama, w końcu od tego jest ten program, żeby ludzi poznawać, prawda ;) Pierwsze znajomości nawiązałam już na Targach Pracy w Szczecinie. Później kontakt na facebooku „A wysłałyście już dokumenty? Jak to w ogóle uzupełnić?! To było do dziś?!”. Dobrze, że zawsze któraś była na bieżąco. Następne spotkanie podczas wizyty w ambasadzie w Warszawie. Rozmowa wizowa w tempie ekspresowym i jest, ostateczna najważniejsza wiadomość: jest wiza. Rozstajemy się i wiemy, że kolejne spotkanie będzie już tam na miejscu, w filmowym USA.

Pakowanie się, przepakowywanie, wiadomo wszystko nagle potrzebne i może się przyda, a walizka bez dna nie jest. Nadszedł dzień wylotu, pożegnania, cała wyprawa do Warszawy na lotnisko. I na pożegnanie standardowe już „Tylko tam nie zgiń! – Dobrze tato..”. Wsiadłam w autobus pojechałam, tyle godzin w jednym autobusie do samej stolicy, a gdzie jeszcze tyle godzin do wymarzonego NYC. Na lotnisku, przed samą wyprawą poznałam kolejnych „workowiczów”. Z którymi jak się później okazało, zamieszkałam. Także polecam rozmowy na lotnisku, w grupie zawsze jakoś raźniej. Tym bardziej już za oceanem, gdzie wszystko jakoś inaczej zorganizowane, jakoś inaczej wygląda. Jak się w ogóle wydostać z lotniska? Szczerze? Do dziś nie wiem jak to ogarnęliśmy ;D Ale udało się, pierwszy nocleg zaplanowany był w Nowym Jorku, do hotelu też dotrzeć dotarliśmy, cali, zdrowi i zmęczeni. Wieczorem spacer po ulicach NY, obowiązkowo Time Square i do spania. Takie loty dają się zdecydowanie we znaki, naszym europejskim organizmom. Kolejne dni to szereg telefonów, kombinowania ogarniania, co jak gdzie dokąd skąd, no i kupno amerykańskich wtyczek (polecam ogarnąć to sobie już w Polsce ;p).

Kasyno znajduje się w Uncasville, mała miejscowość granicząca z Norwich, które zaliczyć można raczej do kategorii „town” niż do „city” ;) Poszukiwanie mieszkania, kilka dni szkolenia, to taki okres przejściowy, pozwalający na aklimatyzację i oswojenie się z całą sytuacją, klimatem i przede wszystkim ludźmi. Od pierwszych dni w USA miałam szczęście trafić na bardzo pomocnych i życzliwych ludzi. Amerykanie są żywo zainteresowani tym jak wygląda Polska, jacy są ludzie. Pytają o różne rzeczy, nieraz naprawdę niedorzeczne, ale nie ma się co dziwić, sami wielokrotnie robiliśmy zdziwione miny, przy rzeczach dla nich oczywistych. Bo przecież, ale jak to nie kupimy zapasów na imprezę o tej godzinie, przecież jest sobota(?!).

Szkolenie, dobieranie uniformów, pierwsza wizyta na stołówce wszystko super, ale przyszedł czas na tą pierwszą właściwą część programu – WORK. Pierwsze dni w pracy, trochę stresujące, bo czy ja na pewno wszystko zrozumiałam, ale oczywiście chodzę i kiwam głową, że tak. Wszyscy kiwają, pytam, nikt nie wie. Ale takie są pierwsze dni. Z akcentem trzeba się chwilę osłuchać i się nie bać. HI, how are you i dalej jakoś już samo leci ;) Pracowałam na pozycji Host w restauracji Season Buffet. Ilość stolików i szalona mapa ich rozmieszczenia z jeszcze bardziej szaloną numeracją na początku mnie przeraziły. I tekst naucz się, spokojnie, chodź sobie na razie z mapą z czasem zapamiętasz. Pierwsza myśl mission impossible, jak Ci ludzie są w stanie tak szybko podawać numery tych wszystkich stołów, jak oni tą mapę w ogóle zrozumieli?? Ale racja nic, co ludzkie nie jest mi obce, zapamiętałam! Choć mapa na ratunek była w kieszeni jeszcze przez kilka ładnych tygodni. Najogólniej do obowiązków należało witanie gości, sprawdzanie czy opłacili wejście do bufetu i odprowadzenie ich do odpowiedniego stolika. Z czasem do opanowania był też komputerowy system do przydzielania stołów. Praca potrafiła być wymagająca, zwłaszcza w godzinach szczytu, trzeba było się sporo nachodzić, bo powierzchnia jest ogromna i nakombinować jak tych wszystkich głodnych ludzi usadzić. Plus był taki że jednocześnie załatwiana była kwestia sportu i zbędnych kalorii;) Bywały sytuacje przeróżne bo i ludzie są różni, ale to dostarczyło mi ogromnego doświadczenia w relacjach interpersonalnych i umiejętnościach językowych, a do tego poćwiczyłam cierpliwość. Okres pracy minął tak szybko, że ciężko było uwierzyć że dopiero co człowiek szukał mieszkania i słów przy każdym zdaniu, a tu już ma się amerykańskich znajomych, z którymi zaraz się trzeba będzie pożegnać. Podczas pobytu poznałam mnóstwo ludzi, nie da się ukryć że imprezy są do tego doskonałą okazją ;p Dopiero co poznani ludzie, a tu nagle okazuje się, że ciężko myśleć o rozjechaniu się, każdy w swoją stronę, o powrocie do Polski. Ale tu zaraz pojawia się znacznie poprawiająca humor myśl. Teraz kolej na część TRAVEL.

Jeszcze w trakcie pracy udało mi się z 2 koleżankami polecieć na Florydę. Miałyśmy dużo szczęścia, trafiłyśmy tam dosłownie na tydzień przed huraganem. Floryda jest niesamowita, zupełnie inny klimat niż nasze Norwich, no i tak blisko na Kubę. Niestety mogłyśmy sobie pozwolić tylko na 4 dni i tak wypadło, że najmniej czasu miałyśmy na Miami. Ale zdecydowanie chciałabym tam wrócić i zdążyć się nacieszyć najcieplejszą oceaniczną wodą w jakiej się kiedykolwiek kąpałam. Po pracy w czasie dni wolnych zdążyłam odwiedzić Boston, okoliczne mniejsze miejscowości no i oczywiście NYC w którym byłam kilka razy. Po zakończeniu umów w Moheganie wyruszyłyśmy w podróż.

Dobrały się 3 dziewczyny, znałyśmy się już od Szczecina no i spędziłyśmy poprzednie miesiące jako współlokatorki jednego pokoju. Od początku oczywistym celem było zachodnie wybrzeże, czyli Kalifornia. Chciałoby się zobaczyć jak najwięcej, a najlepiej wszystko, ale na to zawsze brakuje czasu. Zaczęłyśmy podróż lotem z NYC do Las Vegas, tam tez wynajęłyśmy auto. Potem był Wielki Kanion, po drodze do którego nieoczekiwanie spotkałam kolegę z akademika, świat jest naprawdę mały. W Wielkim Kanionie nocleg w aucie, jedna z najzimniejszych nocy, ale wschód słońca zaliczony. Na parkingu spotkałyśmy grupkę Polaków, żeby za kilka godzin na tym samym parkingu w jednym czasie zjechały się 4 kolejne polskie ekipy, w tym znajoma Mohegańska ;) Po Wielkim Kanionie zobaczyłyśmy jeszcze Park Narodowy Zion, bardzo fajnie zorganizowany, dużo ciekawych i widowiskowych tras pieszych. Potem przyszedł czas na Horseshoe bend, gdzie trafiłyśmy akurat na zachód słońca, stamtąd pojechałyśmy w okolice Antelope Canyon, do którego trzeba wcześniej wykupić wycieczkę. Kolejnym celem było Los Angeles i tam oczywiście spacer bo dzielnicy Hollywood i Beverly Hills. Stamtąd jednodniowy wypad w pobliże granicy z Meksykiem, do San Diego, gdzie pochłonęły nas niezmiernie widok wylegujących się na plażach fok. No więc postało zwiedzanie miasta „późnym popołudniem”. Po LA wyruszyłyśmy w podróż na Północ w stronę San Francisco.

Po drodze zatrzymałyśmy się w Malibu w poszukiwaniu pięknych plaż. Kolejnym pomysłem był surfing, ostatecznie udało nam się wykupić lekcję, więc zrobiłyśmy dzień przystanku na plażę i deskę. Planowałyśmy jechać wzdłuż wybrzeża malowniczą trasą, ta jednak okazała się zamknięta. Więc na bieżąco modyfikowałyśmy nasz i tak dosyć luźny plan podróży. San Francisco było naszym ostatnim przystankiem na zachodnim wybrzeżu. W mieście bardzo dużo chodziłyśmy i zwiedzałyśmy. Jednego dnia wynajęłyśmy rowery, żeby przejechać się nimi wzdłuż wszystkim znanego Golden Gate Bridge. W SF oddawałyśmy też auto, nie było z tym absolutnie żadnego problemu. Ostateczna cena była bardzo przystępna, tym bardziej że dzieliłyśmy się kosztami tylko na 3. Po locie powrotnym do NY miałyśmy jeszcze kilka dni. Wykorzystałyśmy je na zwiedzanie miasta, „Upiora w Operze” na Broadwayu i ostatnie spotkanie ze znajomymi z którymi najbardziej się zżyłyśmy podczas pobytu w Norwich. Pożegnania były emocjonalne, dziwnie nagle żegnać się z ludźmi, z którymi spędziło się ostatnie trzy miesiące, dzień w dzień, dosłownie. Potem już samolot powrotny do domu, do Polski.

Oczywistym jest, ze to tylko mała część z całego wyjazdu. Znajomi mają dość w połowie mojej opowieści połączonej z pokazywaniem zdjęć. Ale tego się nie da przekazać, to trzeba przeżyć.

It’s your travel o’clock!

Chcesz dowiedzieć się więcej o ofercie opisanej na blogu?

Sprawdź jej opis tutaj.

Wyróżnione posty
Ostatnie posty
Archiwum
Wyszukaj wg tagów
Podążaj za nami
  • Facebook Basic Square
  • Twitter Basic Square
  • Google+ Basic Square
  • Facebook - Black Circle
  • Twitter - Black Circle
  • YouTube - Black Circle
  • Instagram - Black Circle

ZNAJDŹ NAS

IECenter Poland:

International Experience Center

al. Bohaterów Warszawy 55

71-070 Szczecin

Poland

Tel: +48 668 006 066

Tel: +48 22 300 53 14

e-mail: biuro@iecenter.pl

IECenter USA:

International Experience Center

9128 Strada Place Suite 10115

Naples, FL 34108

USA

Copyright  © 2007 IECenter