EL EJ w pigułce - moja opowiastka jako twój pomocnik

December 31, 2019

 

Przyszło mi pracować w Pacific Parku w Santa Monica na “the world famous pier”, jak to dzień w dzień powtarzały megafony skierowane do tłumów przechodniów. Czy warto? Czy fajnie?

 

No pewnie! PacPark - jak sam się określa - okazał się jednym z najbardziej profesjonalnych, przyjaznych i wyrozumiałych pracodawców z jakimi miałam styczność w życiu. Ciężko zaprzeczyć Ameryce pionierskiej pozycji względem korpo-zorganizowania, tak więc i tutaj nieraz dane mi było doświadczyć tej wypracowanej etykiety pracy. Powiem tak, niezależnie jakie zdanie kształtują o sobie amerykanie jako naród, to trzeba im przyznać - wiedzą jak poprowadzić biznes. PacPark już od kilku lat zatrudnia zagranicznych studentów na okres wakacji z pomocą sponsora ASSA Aspire. W 2019 postanowili połączyć siły z IECenter, i tak oto właśnie pojawiłam się w Santa Monica 26-go czerwca rzeczonego roku, jako eksperyment.

Decydując się na pracę stykamy się z dwoma bajkami: jaka to praca jest cudowna - to ze strony przełożonych, i taka to jest.. “co do..” - od ex-pracowników. Zalecam więc wszelkie research’e odnośnie opinii na temat pracodawcy i miejsca pracy, ale zalecam także się nimi absolutnie nie kierować. Po pierwsze, ich autorzy mogą być w kompletnie innej sytuacji życiowej niż my - internationals, mogą rozrzucać nienawiść ze względu na wewnętrzne, prywatne zgrzyty, lub mogą po prostu być niezadowoleni z drobnych aspektów, które dla nas nie będa miały znaczenia. Ale, most of all, my - internationals mamy swojego rodzaju immunitet. Jesteśmy egzotycznymi przybyszami pozostającymi w Stanach tylko chwilowo. Jesteśmy przedstawicielami swoich państw wśród najważniejszej grupy wiekowej tej dekady - to samo tyczy się naszych amerykańskich rówieśników i pracodawców. Wymiana kulturowa nie na żarty. Każdy chce dobrze wypaść. Pracodawca wie, że niedługo zniknę. Wie, że wrócę do kraju i będę opowiadać swoim znajomym o tym fenomenalnym parku rozrywki, w którym spędziłam całe wakacje rezygnując z Openera i spływu kajakowego w Piszu. Biznes is biznes. Marketing szeptany.

 

Reasumując, PacPark jest fajny, czytaj opinie ale się nimi nie kieruj, internationals mają przywileje. Ale Michelle, co ty tam robiłaś? Jak wyglądał Twój dzień pracy? Już spieszę z informacjami.

Godzina 8:00 - pobudka. Z Westwood Village (swoją drogą, przeurocze tyci miasteczko studenckie) autobus 704 albo 04 w stronę Santa Monica. Tutaj robi się mały szacher macher. Los Angeles do miast małych nie należy i to też należy zachować z tyłu głowy pozostając nocnym markiem. Połączenia autobusowe są w teorii wszędzie, w praktyce już ciężej. Tu lekkie opóźnienie, tu za szybko, tu jednak nie przyjedzie, tu zmienił trasę i słyszysz kierowcę “ostatni przystanek” stawiając nogę w tej wielkiej limuzynie. Nie mydlijmy oczu, fenomenalnie z busami nie jest. Rządzą się swoimi prawami - ale hej, dwa miesiące dojazdów do pracy day after day i zero spóźnienia na koncie. Da się.

Godzina 9:10 - początek przegrzania kalifornijskim słońcem w oczekiwaniu na autobus.

Godzina 9:16 - szok termiczny spowodowany nagłym powiewem klimatyzacji.

Godzina 9:50 - slalom między już gęstym tłumem molowych przechodniów.

Godzina 10:00 - przebieranki w roboczy outfit i poranne zebranie przed rozpoczęciem zmiany. Tutaj dowiaduje się jakie jest przewidywanie obłożenie danego dnia, jakie tragedie, i niespodzianki miały miejsce poprzedniego dnia, i jak dobre, darmowe burrito czeka mnie nazajutrz. Po słowach “dobrej zmiany, nie dajcie się” udaję się po kasetkę z pieniędzmi i przygotowuję się do sprzedawania biletów w kasie biletowej Pacific Parku.

Godzina 17:00 - wybieram czy aby tu nie uzbierać nadgodzin, czy też wrócić do domu i odpocząć.

Godzina 19:00 - pizza z Dominos i Netflix.

Stany trzeba lubić żeby je polubić.

Multum bezdomnych na ulicach, szaleni ludzi w autobusach, wizja nocnych powrotów do domu po pracy. To wszystko siedzi z tyłu głowy, upominając się od czasu do czasu. Jednak żadne z powyższych nie potrafiło przyćmić ciepłych wieczorów na plaży nad oceanem. Żaden negatywny aspekt nie równał się z możliwością przebycia dalekich podróży na desce (jestem z Gdyni, z dzielnicy górek, dolin i pagórków - płaski teren to dla mnie raj i niedowierzenie) - z domu do autobusu, z autobusu na molo. Z pracy do Venice, z Venice do domu. Nic też nie złamało drobnych codziennych ekscytacji z faktu, że po prostu jestem w LA. Że na każdym kroku widzę palmę, że słońce zachodzi powoli dając się nacieszyć oku, że dzień jest długi, a noc ciepła. Że wystarczą mi krótkie spodenki i t-shirt, że o 23ciej mogę zjeść śniadanie, a o 4 nad ranem obiad - shoutout do wszystkich amerykańskich diners. Że nie muszę mieć dobrego humoru, aby otrzymać uśmiech od przechodnia.

Bajka bajką, ale fakty też potrzebne: Los Angeles jest miastem wymagającym sporawych nakładów finansowych. Należy brać tu pod uwagę zarówno wyższy koszt wyjazdu samego w sobie (bilety lotnicze, pośrednicy i koszt programu), pobyt i utrzymanie się, podróż po zakończeniu pracy jak i powrót do polskiego życia po powrocie. Na pytanie jak drogo jest w danym miejscu na ziemi ciężko jest odpowiedzieć wyłącznie podając cenę danego towaru, bądź usługi. Sytuację pieniężną w LA najłatwiej zaprezentować zestawiając stawkę godzinową z kosztem obiadu. Dajmy na to, zarobki pracownika PacParku: $14/h, a średnia cena obiadu w amerykańskiej diner: $15. Jest drogo, ale praca w wesołym miasteczku daje możliwość samodzielnego utrzymania - hit.

Wszędzie mowa o doświadczaniu nowości, tworzeniu wspomnień, jeździe na desce, łapaniu fal, zwiedzaniu, napotkaniu Brada Pitta w sklepie i tym całym “experience”. Z tym że ten amerykański smaczek pojawia się przy codziennych drobnostkach. Tylko entuzjastę amerykańskiej kultury ucieszą szerokie asfalty i wysokie chodniki. 7 eleven i palma przy płycie chodnikowej. Arizona w galonowej butelce, churros za dolara i uliczni raperzy. Łapię się na tym, że ogarniają mnie dwa rodzaje nostalgii (bo tak to już można nazwać): jedna amerykańska - i to właśnie to jest tęsknotą za tym co tamtejsze. Jest to tęsknota za okresem “work” z części “work&travel, który siał się codziennością w tak szybkim tempie, że fakt istnienia innego życia (tego z uczelnią, rodziną i znajomymi) był.. dziwny. Drugi rodzaj, tak samo intensywny, jednak w inny sposób: nostalgia, jako utęsknienie za podróżą. Część “travel”. Jednym jest amerykańska amerykańskość z którą przyszło mi obcować, przyswoić i zaprzyjaźnić, a drugim ucieczka od tego co cywilizowane i codzienne w tryb “mute”. Tryb gdzie codziennie otoczenie jest inne, widok za oknem auta jest w stałym ruchu, forma noclegu ulega drastycznym zmianom, a oczy są ciągle nienasycone. Ta część nie ma aż tak wiele wspólnego z Ameryką samą w sobie. Równie dobrze wycieczka krajobrazowa mogłaby odbyć się na Mazurach - wystarczy zmienić landscape. Tutaj bardziej niż o zwiedzenie tego co amerykańskie, chodziło o podróż samą w sobie.

 

Oferta opisana w blogu znajduje się tutaj - >>KLIK<<

 

 

 

Please reload

Wyróżnione posty

Poznaj 7 powodów, dla których warto wyjechać do Azji na Work and Travel

February 20, 2020

1/10
Please reload

Ostatnie posty

January 31, 2020

Please reload

Archiwum